Jego najnowsze dzieło "Grindhouse" z pewnością znów podzieli odbiorców - jednych zniesmaczy brutalność niektórych scen, innych zachwyci lekkość, z jaką Tarantino opowiada swoje historie. Sam reżyser jak zwykle z zadowoleniem przyjmuje medialny szumek, a na wywiad w eleganckim hotelu Four Seasons w Beverly Hills przychodzi ubrany w zielony lekarski kitel, jakby właśnie zszedł z planu serialu "Chirurdzy". Na pytania odpowiada z wielką swadą i z prędkością karabinu maszynowego.

Operowałeś kogoś?

Tak, kilka pięter niżej zdarzył się nieszczęśliwy wypadek, więc od razu mnie wezwali. Wiedzą, że lubię krwawą robotę. Poza tym dobrze mi w zielonym, prawda? Gdybym nie był filmowcem, chciałbym zostać anestezjologiem (śmiech).

Twoje filmy słyną z brutalności, co często bywa stawiane jako zarzut - przemoc cię jakoś szczególnie pociąga czy to twój bunt przeciwko zbyt poprawnej i ugłaskanej kinematografii?

Udawanie, że przemoc nie istnieje, jest jakąś wyjątkowo idiotyczną odmianą politycznej poprawności. Wystarczy się rozejrzeć wokół, a zobaczysz rzeczy, które jeżą włos na głowie. Jednak, szczerze mówiąc, nie zastanawiam się nad tym, kiedy robię film - po prostu opowiadam moje historie w taki sposób i o rzeczach, jakie akurat przychodzą mi do głowy. Uwielbiam kino gatunków, zwłaszcza tych tak zwanych poślednich, i to z pewnością wpływa na rodzaj opowiadanych przeze mnie historii, bo czy weźmiesz kryminał, czy film gangsterski, czy kung-fu, zawsze masz do czynienia z brutalnym materiałem. Nie da się zrobić przyjemnego i bezbolesnego filmu o morderstwie, bo morderstwo to rzecz wysoce nieprzyjemna. W przypadku "Death Proof" (to pierwsza część "Grindhouse", drugi film zatytułowany "Planet Terror" wyreżyserował przyjaciel Tarantino Robert Rodriguez - przyp. red.) wziąłem na warsztat odmianę horroru zwaną slasher movie, wzbogaconą elementami szczególnie lubianego przeze mnie gatunku, jakim są filmy "samochodowe" z dużą liczbą scen pościgów. Sam wybór takiej konwencji powoduje, że muszę moim bohaterom zrobić krzywdę. Ale nie jest prawdą, że przemoc jakoś szczególnie mnie kręci - weź na przykład "Jackie Brown" - nie ma tam żadnej przemocy. No, w każdym razie nie za dużo. A tam też po prostu podążałem za wymogami gatunku.

A kino gatunków nie jest jakimś anachronizmem w dzisiejszych czasach?

Dla mnie każdy film to kino gatunków, to kwestia przeprowadzenia odpowiedniej analizy i nie wydaje mi się, by współczesne kino zdołało wymyślić coś nowego w tej materii. Choć oczywiście do dobrego tonu należy udawanie, że się gatunkami gardzi, że robi się filmy głębsze, przełamujące konwencje, autorskie, artystyczne - wszystko to moim zdaniem bzdura, bo niby dlaczego kino gatunków miałoby być w tym jakimś ograniczeniem? Weźmy obrazy Johna Cassavetesa - nie wiem, czy kto zdołał w filmie dotrzeć głębiej niż on, jeśli chodzi o penetrację ludzkiej duszy. Kaliber prawd, które poruszał w "Kobiecie pod presją" czy "Cieniach", był ogromny. I każdy bez trudu się zgodzi, że Cassavetes to mistrz kina niezależnego. A przecież ani trochę nie brzydził się kinem gatunków - "Zabójstwo chińskiego maklera" czy "Gloria" to czystej wody kryminały, a przy okazji świetne filmy. No, ale jak mówiłem, po prostu uwielbiam kino gatunków.

Czy można powiedzieć, że wypracowałeś własny gatunek? Że istnieje kino specyficznie Tarantinowskie, kopiowane przez innych reżyserów?

Nie, nie wypracowałem nowego gatunku, po prostu odkurzyłem i może dodałem trochę świeżości zapomnianemu gatunkowi kina gangsterskiego. Mam na myśli zwłaszcza "Wściekłe psy" i "Pulp fiction", gdzie dzięki zabiegom takim jak achronologiczna narracja czy wielowątkowość nadałem nowy styl gatunkowi. Ale to nadal są po prostu filmy gangsterskie, a nie "Tarantinowskie". Niektórzy nazywają moją działalność łamaniem zasad, ale ja wolę to nazwać po prostu odświeżeniem lub też odkryciem na nowo starego gatunku. To jak Sergio Leone i western - facet nie wynalazł tego gatunku, ale jego filmy z pewnością różnią się od amerykańskich westernów. Po prostu nadał im własny styl, nie rezygnując przy tym z wymogów gatunku. Natomiast jeśli chodzi o "filmy w stylu Tarantino" - jak na przykład ostatnio świetny "Bobby" Emilio Esteveza, któremu taką etykietkę przypięto, to, no cóż, każdy ma prawo do swoich inspiracji. Jedne z tych filmów są udane, inne wcale, jedne przetrwają, inne nie.

Nie tylko w rozmowie, ale też w swoich filmach lubisz się odnosić do dzieł innych reżyserów. Te międzyfilmowe korespondencje wydają się dla ciebie szczególnie ważne.

Nie mogę zaprzeczyć, że tak jest, ale nie wydaje mi się to szczególnie ważne. Czy to jest konieczne? Ani trochę. To po prostu rodzaj zabawy, którą lubię w kinie. Zwłaszcza gdy posługujesz się gatunkami i podgatunkami, to bardzo kusi, by odnieść się do swoich ulubionych filmów danego typu. Ale jakkolwiek blisko gatunku staram się zostać i wpasować mój film w istniejący kontekst, to zawsze robię swoją - szaloną, dziwaczną, głupawą - wersję. Ale bardzo bym się ucieszył, gdyby ktoś w wypożyczalni filmów postawił "Death Proof" obok innych filmów z gatunku "pościgi samochodowe".

Już przy okazji "Kill Billa" mówiłeś, że twoim marzeniem jest, aby obie części były grane razem, z małą przerwą w środku - udało się je spełnić przy okazji "Grindhouse"?

No tak, choć w sumie to zupełnie inna sprawa - "Kill Bill" był od początku do końca moim filmem w dwóch częściach, a "Grindhouse" to dwa zupełnie odrębne filmy, dwóch reżyserów: Rodriguez i Tarantino. Tu bardziej chodziło o odtworzenie atmosfery dawnych, grindhouse’owych filmów. A tak na marginesie powiem, że nowa wersja "Kill Billa" jest już gotowa i mam nadzieję ją wprowadzić za jakiś czas do kin - właśnie w formie jednego długiego filmu z przerwą w środku. Właściwie jest gotowa od dawna, ale "Kill Bill" strasznie mnie zmęczył i chciałem przez kilka lat od niego odpocząć. Ale ta wersja w niczym nie będzie przypominać "Grindhouse’u". W "Kill Billu" chciałem uchwycić ideę kina obwoźnego z lat 60., a nie grindhouse’u.

W Europie nie bardzo wiemy, co to jest "film grindhouse’owy". Mógłbyś powiedzieć coś o tego typu kinie?

Ta nazwa określa dwie rzeczy - po pierwsze typ kina: podupadłego, w złej dzielnicy, grającego szmirowate filmy podczas nocnych seansów. Tradycją grindhouse’ów były podwójne, a nawet poczwórne całonocne seanse - w cenie jednego biletu można było zobaczyć kilka filmów, jeden po drugim. Właściciele tych kin starali się łączyć odległe gatunkowo obrazy - żeby zadowolić najrozmaitsze gusta. Więc leciał najpierw film kung-fu, a potem horror, następnie coś o ostrych babkach w kobiecym więzieniu i ekranizacja markiza De Sade - kompletny misz-masz. Same te kina to było coś - takie szemrane miejsca. Obok ciebie mógł spać jakiś bezdomny, a w rzędzie obok siedzieli gangsterzy i prostytutki. Niektóre z nich zresztą wcale nie przerywały pracy podczas seansów…
Druga rzecz, którą określam mianem grindhouse’u, to właśnie same filmy. Ciekawe, że były to - w latach 60. i 70. - filmy niezależne. To nie były hollywoodzkie, studyjne produkcje, tylko kino undergroundowe, niskobudżetowe. Raziły więc tandetą, ale też zachwycały wolnością od tego, co było w mainstreamie. Pamiętam, że podczas seansów często towarzyszyła mi pełna niedowierzania myśl: "czy ja naprawdę to oglądam?". Zdumienie wywoływała niezwykła, niespotykana nigdzie indziej brutalność tych filmów, ale też niczym nieskrępowana wyobraźnia twórców. Do dziś uwielbiam filmy Rogera Cormana: "Frankenstein wyzwolony", "Krwawa Mamuśka", tego typu rzeczy. Zbieram też stare taśmy filmowe z tymi obrazami.

Podobno do spółki z Robertem Rodriguezem zmusiliście całą obsadę do oglądania wielogodzinnych seansów tego typu filmów?

To prawda, Robert wpadł na cudowny pomysł, jak zrobić prawdziwy użytek z tych moich zbiorów. Myślę, że to było bardzo potrzebne, zwłaszcza młodszym aktorom, którzy nigdy nie byli w prawdziwym grindhouse, żeby zrozumieli, z czym przyjdzie im się zmierzyć. Muszę powiedzieć, że te pokazy to był prawdziwy sukces, który mnie zachęcił, by pójść jeszcze dalej. Planuję "Grindhouse Festival" - poważny przegląd filmowy w Los Angeles, na którym znajdą się filmy i trailery z mojej kolekcji.

A jak będzie wyglądać europejska wersja "Grindhouse"? Podobno będzie dłuższa? Czyli żadnych "zaginionych rolek filmu" jak w wersji amerykańskiej?

Jeśli je znajdziemy, to pewnie wmontujemy w całość. Podkreślam: jeśli. Ale są spore nadzieje. Prywatny detektyw, którego wynająłem, powiedział, że powinniśmy sprawdzić jedną piwnicę w Harlemie, bo wpadł na interesujący ślad (śmiech). Dość wygłupów. W krajach nieanglojęzycznych, tam gdzie nie jest znana idea grindhouse’u, rzeczywiście będziemy pokazywać zupełnie odmienne wersje. Po pierwsze nie będzie to jeden podwójny film, lecz dwie osobne premiery: moje "Death Proof" i "Planet Terror" Rodrigueza. W tej chwili obaj rozebraliśmy nasze filmy na części pierwsze i montujemy pełnometrażowe wersje zupełnie od nowa. To będą w gruncie rzeczy całkowicie inne, nowe filmy.

"Death Proof" to podobno hołd dla twojego ulubionego w dzieciństwie filmu "Mistrz kierownicy ucieka" - czy nie chciałeś, aby główną rolę zagrał Burt Reynolds?

Oczywiście, nie można wymyślić postaci takiej jak Kaskader Mike i nie chcieć, aby zagrał ją Burt Reynolds. To jeden z moich ulubionych aktorów i byłbym szczęśliwy, mogąc z nim kiedyś pracować. Ale cała mitologia, jaką obudowałem postać Mike’a, wymagała zgoła innego odtwórcy. Nie wyobrażam sobie, by publiczność mogła źle życzyć Burtowi Reynoldsowi - jestem pewien, że jego osobowość wzięłaby górę nad osobowością mojego psychopatycznego bohatera i rozkochałby w sobie publikę w trymiga, a biedny reżyser mógłby sobie tupać ze złości gdzieś w kącie. Nie było łatwo obsadzić tę rolę. Początkowo brałem pod uwagę Mickeya Rourke’a. Na szczęście z kłopotu wybawił mnie Kurt Russell - prawdziwy amerykański twardziel i wspaniały aktor. Kaskader Mike w jego wykonaniu jest dokładnie taki, jak chciałem, by był: fascynujący, odrażający i dowcipny.