Fascynuje cię magia?

Tak, i to już od dzieciństwa. W dzisiejszych czasach przyzwyczailiśmy się do oglądania rzeczy niemożliwych, więc strasznie trudno stworzyć coś, co będzie zaskakujące. Oglądając niesamowite sceny z "Matrixa", miałem wrażenie, że wszystko to widziałem w swoich fantazjach z dzieciństwa. W filmie trzeba więc zaskakiwać w sposób tak atrakcyjny, żeby usatysfakcjonować widza.

W "Iluzjoniście" pokazałeś magika Eisenheima jako człowieka o podwójnej osobowości.

Eisenheim to postać bardzo zagadkowa, stwarza wokół siebie prawie mistyczną atmosferę. Niektórzy podejrzewają go o powiązania z siłami nieczystymi. Tymczasem gdy go poznajemy, dochodzimy do wniosku, że on nie wierzy w magię. Podoba mi się ta sprzeczność. Na scenie podaje w wątpliwość prawa naturalne. Jest przekonany, że magia nie istnieje. W biografiach prawdziwych magików zawsze znajdzie się mnóstwo smaczków. Niedomówień, niezwykłych historii. Czasem trudno w to uwierzyć, ale triki, które obecnie fascynują publiczność, z powodzeniem wykonywali już 50 lat temu.

W jakich filmach będzie cię można niebawem zobaczyć?

W "Dolinie iluzji". Ostatnio wziąłem sobie dłuższy urlop, ale nie mam wpływu na to, kiedy filmy ze mną w roli głównej trafiają na ekrany, więc może się wydawać, że bez przerwy gram. Widzom trudniej jest uwierzyć, że jestem tym właśnie człowiekiem, bo chwilę wcześniej oglądali mnie w zupełnie innej roli. A jednocześnie jest to większe wyzwanie, więc może nie powinienem narzekać...

Masz kogoś, kogo uważasz za nauczyciela życia. Taką Scarlett O'Harę w tobie.

(Śmiech). Nikt nigdy nie porównywał mnie do Scarlett O'Hary. Ale podoba mi się to porównanie. Kiedy miałem 16, 17 lat, nauczyciel zabrał nas do Waszyngtonu na spektakl "Acting Sheakspeare" z Ianem McKellenem w roli głównej. To była chyba pierwsza sztuka, jaką widziałem. Byłem pod jej wrażeniem także dlatego, że okazało się, że aktorzy nie muszą tańczyć ani śpiewać, żeby zaciekawić publiczność. Teraz po latach myślę, że jego gra przeniosła mnie w świat dorosłego aktorstwa. Okazało się, że można opowiadać o współczesnych czasach w sposób fascynujący. Osiągnęliśmy to w filmie "Fight Club".

Po zamachach 11 września założyłeś fundację Middle East Peacemaker's Fund. Dlaczego?

Mówimy, że musimy lepiej zrozumieć obce kultury. Co to znaczy? Dla mnie chęć poznania tamtejszych religii, języka, historii. Na razie udało nam się ufundować roczne stypendia dla pięciu studentów, którzy od trzech, czterech lat jeżdżą latem na Środkowy Wschód i z tych podróży przygotowują potem obszerne raporty. Jeden pracował w obozie dla uchodźców, inny uczy si języka arabskiego i mieszkał u marokańskiej rodziny. Następny napisał pracę o libańskim Ruchu Kobiet. Zyskaliśmy dokładnie to, o co nam chodziło: wiedzę.