Pożegnanie Kondrata z polskim filmem jest gorzkie. Aktor - związany z nim od 45 lat - ma dość. Nie chce grać w filmach robionych w "trybie serialowym". W wywiadzie dla dziennika.pl ostro krytykuje polską kinematografię. "Scenariusze, które powstają, już mnie nie interesują" - mówi.

Kondrat krytykuje też polskie festiwale filmowe za ich prowincjonalizm. "Tych imprez jest więcej, niż się rocznie kręci filmów w Polsce. Celebrujemy filmy, których nikt tak naprawdę nie ogląda" - grzmi. I zdradza dziennikowi.pl, co teraz jest jego największą pasją.

Pojawił się Pan na poniedziałkowej ceremonii rozdania Złotych Orłów…
Tak, bo chciałem się jakoś pożegnać z kinem, mimo że to właśnie do tego konkursu mam największe zastrzeżenia. Nie wiadomo, po co i dla kogo jest tak naprawdę organizowany. W założeniu ma przypominać amerykańskie Oscary, a tak właściwie jest polską, niesamowicie zaściankową imprezą. Powiedziałbym nawet, że ten festiwal jest prowincjonalny do dziewiątej potęgi!

Odchodzi Pan ze świata filmu? Dlaczego?!
To proste - scenariusze, które obecnie powstają, mnie już nie interesują. Poza tym nie mam potrzeby uczestniczenia w produkcjach, które powstają tylko dlatego, że ktoś na nie dał pieniądze. Ja nie chcę grać w filmach, których jedynym kryterium jest ilość dni zdjęciowych. Ja nie chcę grać w filmach, gdzie na planie jest kilkunastogodzinna "użerka", gdzie filmy kręci się trybem serialowym.

Skoro z polskim kinem jest tak źle, to co skłoniło Pana do wcielenia się po raz kolejny w postać Adama Miauczyńskiego we "Wszyscy jesteśmy Chrystusami"?
Zrobiłem to, bo interesują mnie tylko rzeczy wyjątkowe, a takie właśnie są filmy Marka Koterskiego. Mnie zawsze interesowało skupienie się na indywidualności, na człowieku, a nie film społeczny, jakaś martyrologia.

To znaczy, że teraz nie robi się u nas dobrych filmów?
Robi się filmy "społecznie zaangażowane", dotyczące zmiany pokoleń - a mnie to nie interesuje. Ja jestem panem w średnim wieku i nikt mnie nie zaangażuje do projektu o blokersach, narkotykach czy problemach młodzieżowych.

A co w takim razie sądzi Pan o polskich festiwalach filmowych, warto je organizować?
Polskie festiwale filmowe to jakaś niesamowita pomyłka, ja mam ich szalenie krytyczną ocenę. Tych imprez jest więcej, niż się rocznie kręci filmów w Polsce. Celebrujemy filmy, których nikt tak naprawdę nie ogląda, więc może organizatorzy takich imprez po prostu chcą przyciągnąć widzów do kin? Ja zawsze byłem za tym, żeby to widzowie, własnymi nogami, przychodząc do kina, głosowali.

Takie same zastrzeżenia ma Pan do Festiwalu Filmów w Gdyni?
To jest wyjątek, ten festiwal ma tradycję, trwa kilka dni, jury składa się nie tylko z filmowców, ale z ludzi z różnych środowisk twórczych, głosują również widzowie. Jednym słowem, to zupełnie inna jakość i bardzo żałuję, że w zeszłym roku nie zdążyłem się tam pojawić.

Czy to już definitywny koniec pańskiej aktorskiej kariery?
Nie zastrzegam się, w końcu zawsze może pojawić się jakiś nowy Bergman (śmiech). Ale tak na poważnie, to nie wierzę w mój powrót do świata filmu. W końcu swoje już zrobiłem, przez kilkadziesiąt lat pracy zawodowej nakręciłem chyba ponad sto filmów, to już wystarczy.

Jakie ma Pan plany?
Wreszcie znalazłem siebie. Pasja do wina nauczyła mnie cieszyć się codziennością, trudem zwykłego dnia, pozbawiła tego, czego tak bardzo nie lubię - naskórkowego zgiełku. Założyłem firmę, jeżdżę z synem po świecie, wybieram wina, zaprzyjaźniłem się z ludźmi, których na szczęście nie interesuje, w co lub kogo wierzę, ani skąd pochodzę. Jednym słowem mam nowych wartościowych przyjaciół. A najbliższe plany? No cóż, właśnie przygotowuję się do wyjazdu do Afryki Południowej, a później do Francji - oczywiście jadę po wino.