Zwolennicy nowego terminu, do których należy m.in. szefowa PISF Agnieszka Odorowicz, liczą, że będzie też więcej czasu, by starać się o pokazy na najważniejszych zagranicznych festiwalach.

Wrzesień ich zdaniem był na to terminem zbyt późnym, a do tego niefortunnym, jeśli chodzi o zainteresowanie imprezą gości z zagranicy. Odbywają się wtedy festiwale w Wenecji, Toronto i San Sebastian, tymczasem w tym roku Gdynia odbywać się będzie zaraz po Cannes, więc jest szansa, że przyjadą stamtąd do Polski liczący się przedstawiciele europejskiej i amerykańskiej branży.

Ale czy tak rzeczywiście będzie? Bardzo wątpliwe, bo przecież po Cannes liczący się w branży producenci, przedstawiciele festiwali, krytycy mają właśnie pełne ręce roboty. Ze wstępnych zgłoszeń wynika, że gości z zagranicy będzie w tym roku w Gdyni niewiele więcej niż w poprzednich latach. Tymczasem właśnie promocja nagradzanych w Gdyni filmów na rynkach zagranicznych to bodaj najważniejsze zadanie, jakie stoi dziś przed włodarzami naszej kinematografii. Bo choć ostatnie sezony były dla polskiego kina całkiem udane, to na razie nie przełożyło się to na sukcesy poza granicami kraju.

Tymczasem ani w konkursach w Cannes, ani w Wenecji, ani w Berlinie polskich filmów jak nie było, tak nie ma. Na szczęście nie dlatego, że są słabe. Bo przecież i „Dom zły” Wojciecha Smarzowskiego, i „Rewers” Borysa Lankosza mogły być pokazane w Berlinie, ale zamiast tego trafiły na awansujący w branżowej hierarchii, ale jednak wciąż nie aż tak prestiżowy Warszawski Festiwal Filmowy. Jedynie „Wszystko, co kocham” Jacka Borcucha trafiło do Sundance, ale te najbardziej liczące się imprezy wciąż pozostają poza zasięgiem.

Samo tylko przełożenie festiwalu na maj do osiągnięcia tego celu może nie wystarczyć. W zeszłym roku zapowiadało się, że zmiana terminu pociągnie za sobą także zmiany w samej formule imprezy. Z funkcji dyrektora artystycznego festiwalu zrezygnował Mirosław Bork, a nowe pomysły na ożywienie Gdyni zaproponować miał nowy szef. Tymczasem, gdy proponowani następcy (m.in. Wojciech Marczewski i Marek Hendrykowski) odmawiali objęcia tej funkcji, dyrektor pozostał ten sam. Rewolucji, jeśli chodzi o kształt festiwalu, zatem nie będzie.

W tej chwili sytuacja nadal jest taka, że walczą z sobą dwie koncepcje: festiwalu otwartego na świat, wskazującego tendencje rozwoju naszej sztuki filmowej i narodowej prezentacji naszego dorobku. Nawet zwolennicy tej drugiej idei coraz głośniej mówią, że festiwal trzeba zmieniać, tyle że recept na reformy brak. Choć chęć otwierania się na świat jednak widać. W tym roku podczas festiwalu odbędzie się przegląd najnowszego kina norweskiego i islandzkiego, a jego organizacja jest współfinansowana przez partnerów z obu krajów. Strona norweska pokryła też część kosztów budowy namiotu na gdyńskiej plaży, gdzie 1300 widzów będzie mogło obejrzeć koncert Jana Garbarka i finałową galę przeniesioną z Teatru Muzycznego.

A filmy? Długo wydawało się, że w związku z przyśpieszeniem terminu imprezy będzie ich mniej niż w poprzednich latach, że nie wszyscy zdążą ukończyć produkcję i nie będzie z czego wybierać. Faktycznie, nie wszyscy zdążyli. Zabraknie m.in. „Ślubów panieńskich” Filipa Bajona. Ostatecznie jednak zgłoszono 39 filmów. 21 z nich zakwalifikowano do konkursu, 15 zostanie pokazanych w ramach Panoramy Polskiego Kina. Aż 19 z nich to debiuty, choć tylko osiem wystartuje w wyścigu o Złote Lwy.

Jak zwykle w ostatnich latach zanosi się więc na pojedynek debiutantów z reżyserami już uznanymi. O faworytach mówić trudno. Bardzo niewiele mamy w konkursie tytułów, które wcześniej trafiły do kin: „Kołysankę” Juliusza Machulskiego, „Mistyfikację” Jacka Koprowicza, „Różyczkę” Jana Kidawy-Błońskiego, „Trick” Jana Hryniaka i „Fenomen” Tadeusza Paradowicza. Jeśli ten ostatni, skandalicznie wręcz kiepski, zakwalifikował się do konkursu, to o jego poziomie świadczy to nie najlepiej.

Ale wiele jest przecież niewiadomych. Maciej Wojtyszko pokaże „Święty interes” o dwóch braciach powracających do rodzinnej wsi na pogrzeb ojca. Z kolejnym filmem zdążył Feliks Falk, który w „Joannie” opowiada historię kelnerki ocalającej podczas okupacji z łapanki małą dziewczynkę. W „Jutro będzie lepiej” Doroty Kędzierawskiej zobaczymy historię trzech rosyjskich chłopców uciekających do Polski przez zieloną granicę. Janusz Majewski w „Małej maturze 1947” opowiada o walce o duszę dorastającego chłopca, którą w pierwszych powojennych latach toczą ze sobą biologia i polityka, natura i obyczaje. Swoją znakomitą sztukę „Made in Poland” przeniósł na ekran Przemysław Wojcieszek. Po długiej przerwie powraca Janusz Kondratiuk „Milionem dolarów”, w którym urzędniczka z banku postanawia spełnić marzenie o wielkich pieniądzach. Jan Jakub Kolski ukończył „Wenecję” opartą na prozie Włodzimierza Odojewskiego o dzieciństwie przerwanym przez wojnę. Z kolei „Trzy Minuty. 21:37” Macieja Ślesickiego powracają do pamiętnego momentu, tydzień po śmierci Jana Pawła II, gdy w manifeście duchowej jedności w milionach polskich domów zgaszono światła.

To twórcy z dorobkiem. Sporo z tych filmów powraca do historii, najnowszej i nieco dawniejszej. Co pokażą debiutanci? Współczesność. Sławomir Pstrong w „Ciszy” przypomina tragiczną wyprawę w góry, kiedy w lawinie pod Rysami zginęło ośmioro licealistów. Agnieszka Łukasiak w „Dwóch ogniach” opowiada o trudnym losie imigrantów. Marek Lechki zajął się kryzysem w życiu 30-latka. Paweł Sala w „Matce Teresie od kotów” przygląda się z bliska dwóm braciom, którzy zamordowali matkę, a Ewa Stankiewicz w „Nie opuszczaj mnie” dwójce samotnych ludzi, którzy cierpią po stracie bliskich. Anna Kajzerak-Dawid w „Skrzydlatych świniach” proponuje historię małomiasteczkowych kibiców do wynajęcia.

Czy festiwal w Gdyni w pełni zatem odzwierciedla dzisiejszą kondycję polskiego kina? W dużym stopniu tak. Liczba produkowanych tytułów, mimo przyśpieszenia festiwalu, potwierdza, że zaczęło kręcić się szybciej. Ale, mimo pozorów prosperity, tak na polskie kino, jak i na gdyński festiwal wciąż warto patrzeć z pewną podejrzliwością. Bo festiwal jest skostniały, środowiskowy, nagrodzone filmy są źle reklamowane i dystrybuowane. Wypada mieć nadzieję, że jury pod przewodnictwem Andrzeja Barańskiego będzie miało w tym roku co nagrodzić, a aura sukcesu otaczająca nasze kino zostanie podtrzymana.