Gdy Allen przyjeżdżał zagrać na klarnecie ze swoim jazzowym ansamblem, warszawska Sala Kongresowa pękała w szwach. Premiera "Zagraj to jeszcze raz, Sam" w nowym Teatrze 6. Piętro Michała Żebrowskiego z miejsca stała się najlepiej sprzedającą się sztuką w Polsce. I to nie tylko dlatego, że pojawia się w niej Kuba Wojewódzki w nowym wcieleniu.

Comeback nowojorczyka

W swoim najnowszym filmie "Co nas kręci, co nas podnieca" Allen wskrzesza swojego emblematycznego, neurotycznego, hipochondrycznego intelektualistę z Nowego Jorku. To figura, którą rodzimi fani Allena uwielbiają najbardziej. Bo też rola zgorzkniałego komentatora, zdystansowanego wobec siebie samego, wydziwiającego, marudzącego, ale też celnie obśmiewającego absurdalną rzeczywistość, zadziwiająco dobrze wpasowuje się w dzisiejsze postawy naszej tzw. inteligencji. Tej młodej, tęskniącej za etosem, i tej ciut starszej, narzekającej, że świat zgłupiał ze szczętem.

Maska poważnego błazna przybierana przez Allena z Manhattanu tak samo dobrze sprawdza się w Nowym Jorku jak w Warszawie. A nawet i lepiej. Od lat wiadomo, że Allen bardziej ceniony jest w Europie niż u siebie, w Ameryce. I nie przez przypadek cieszy się u nas specyficznym kultem. Wszak inteligencja jako specyficzna formacja przynależy do naszego regionu świata, obdarzana jest etosowymi zadaniami w Polsce, może jeszcze w Rosji. A Woody Allen w najlepszych filmach z okolic Manhattanu uosabia gadatliwego malkontenta sypiącego cytatami z Freuda i Dostojewskiego, dzielącego każdy włos na czworo po wyjściu z teatru albo konwersującego o sensie życia we włoskiej knajpie.

Alter ego Woody’ego Allena

Filmowy wizerunek allenowskiego bohatera prawie dokładnie splata się z funkcjonującym w powszechnej świadomości portretem samego Allena. Reżyser, aktor i postać stają się w jego filmach tą samą osobą. Trudno odróżnić bohaterów filmów "Annie Hall" (1977), "Manhattan" (1979), "Danny Rose z Broadwayu" (1984) czy "Hannah i jej siostry" (1986) od samego Woody’ego Allena. Wszyscy oni wydają się wariantami tej samej osoby.

Ich losy od "Złotych czasów radia" (1975) aż po "Życie i całą resztę" (2002) układają się w spójną biografię, a na ekranie towarzyszą Allenowi jego aktualne życiowe partnerki – najpierw Diane Keaton, a potem Mia Farrow.

Ostatnimi laty to się jednak zmieniło. Reżyser kręcił rzeczy ostentacyjnie nieallenowskie. "Vicky Cristina Barcelona" (2008) zachwycała bezpretensjonalnością, "Wszystko gra" (2005) precyzją, nawet "Scoop. Gorący temat" (2006) bawił. Ale pozostawała tęsknota za Allenem z Manhattanu. I teraz znów można ujrzeć wcielenie najbardziej dla niego charakterystyczne. Choć tym razem ekscentrycznego typa przekonanego o własnej genialności nie zagrał sam Woody, a mało u nas znany aktor Larry David, to odnajdujemy w nim dawnego Allena z "Manhattanu" czy "Annie Hall".

Zabawa dobra jak zwykle

Tych, którzy czuli się zaniepokojeni, że Allen po siedemdziesiątce spoważniał, ten film uspokoi – jest wręcz nieprzyzwoicie zabawny, zręczny, kąśliwy, inteligentny. Słowem, Allen taki, jakiego najbardziej kochamy i jakiego ostatnio, zamiast oglądać, mogliśmy raczej czytać – choćby w świetnej "Czystej anarchii". I choć od lat opowiada te same dowcipy, są one zbyt dobre, by przestać je powtarzać i zająć się wyłącznie egzystencjalnym kinem spraw ostatecznych. Na to Woody Allen jeszcze ma czas.