Prowincja rodem z horroru

Sam mawia, że to, co w życiu prawdziwe, w kinie bywa przeważnie nieciekawe. Powtarza od lat, że naczelnym zadaniem kina jest opowiadanie zajmujących historii, bo dopiero na nich można nadbudować coś więcej.

W "Kołysance" baza w postaci dobrej anegdoty jest, nadbudowy jednak zabrakło. Pomysł na wampiryczną komedię był świetny: polską rodzinę Addamsów wysłać na mazurską wioskę, niesamowitość rodem z horroru zderzyć ze zgrzebnymi realiami prowincji i w ten sposób odczarować jej sielski, anielski wizerunek z "Rancza" albo komedii Jacka Bromskiego.



Wampiry kontra księża

Wieś jest archetypiczna, żyjąca własnym rytmem, odcięta od świata. I nagle pojawiają się obcy – Makarewiczowie: małżeństwo z czwórką dzieci (piąte w drodze) i krzepkim jak na 550-latka dziadkiem. Są inni jeszcze bardziej niż miastowi z seriali. Dziwnie bladzi, z sińcami po oczyma. W dzień senni, w nocy ożywieni, pojawiający się bezszelestnie jak duchy. Lepią gliniane figurki na zlecenie i nie lubią gości.

Głowa rodu (Robert Więckiewicz) marzy, żeby osiąść tu na stałe. Jego bladolica żona (Małgorzata Buczkowska) chciałaby raczej wyjechać do miasta. Sojusznika znajduje w dziadku (Janusz Chabior), któremu na problemy z dwoma ostatnimi zębami przydałaby się wizyta u protetyka. Tymczasem wkrótce po przybyciu Makarewiczów w okolicy zaczynają ginąć ludzie. Miejscowa policja nie radzi sobie ze śledztwem, choć posterunkowy Nowak (Przemysław Bluszcz) trafia w końcu na właściwy trop.


Podoba mi się, jak Machulski zagrał z horrorową konwencją i poradził sobie z wampirzym apetytem. Nikt tu się nie wgryza w szyje, nie ma strumieni posoki, trupów, upiornych efektów. Do szczęścia krwiopijcom wystarczą małe transfuzje i podręczny magazyn dawców w stodole. I bardzo dobrze, bo to oswaja dziwną z natury rodzinkę w przaśnej konwencji.

Gorzej, że pomysłu na kontynuację znakomicie rozpoczętego filmu już Machulskiemu zabrakło. Cała intryga kręci się w kółko wokół jednego patentu, a dowcipy z prowincjonalnych policjantów i księży, z rewizjonistycznych Niemców i miastowych przybyszów zamiast odczarowywać schemat prowincji rodem z telewizyjnych seriali, raczej go powielają.


Sitcom w kinie

Dostajemy więc bajkę, którą już znamy. Zapowiada się na przewrotną i niegrzeczną, z czasem zaś robi się coraz bardziej gładka i uładzona. Pierwotnie miała być "Kołysanka" telewizyjnym serialem i ślady myślenia o sitcomowej widowni aż nadto rzucają się w oczy. Wątki poboczne nie bardzo ratują sytuację, a podbity cienką polityczną aluzją finał wydaje się wysilony i sztucznie dolepiony do całości.

Owszem, broni się film Machulskiego znakomitymi zdjęciami Arkadiusza Tomiaka, wystylizowanymi na statyczne, malarsko ekspresjonistyczne kadry, świetną tworzącą klimat muzyką Michała Lorenca, ale to jednak za mało, by uznać "Kołysankę" za komedię do końca udaną. Tym większa szkoda, bo koncept był naprawdę wyśmienity i dało się z niego znacznie więcej wycisnąć.