Romeo i Julia lat 80., historia dojrzewania w cieniu stanu wojennego, wreszcie obraz młodzieńczego buntu - to tylko niektóre z opinii o „Wszystko, co kocham”. Co dla pana jest w nim najważniejsze?
Jacek Borcuch: Bardzo mnie cieszy tak różny odbiór mojego filmu. Im szersza percepcja, tym lepiej. To wszystko, o co pan pyta, jest w filmie: miłość, dojrzewanie i polityka. Wyważone w sposób, w jaki ja pamiętam tamte czasy. Jeden z zarzutów, jakie słyszałem o „WCK”, to, że próbuję lukrować przeszłość. Ale to historia osadzona na prowincji, jej bohater ma 17 lat i ma w dupie politykę. Dla niego stan wojenny to zamknięte szkoły i brak ojca w domu. Z grubsza rozumie sytuację, ale dla niego cały świat to muzyka i miłość. Jeżeli było się w tym okresie zaangażowanym działaczem, kolportowało prasę, rzucało kamieniami itd., to może wkurzać wmawianie, że w wojsku było normalnie. Podobnie może myśleć młody zaangażowany krytyk filmowy, który urodził się w drugiej połowie lat 80., fakty ze stanu wojennego zna z prasy i nie ma pojęcia, że mogło być normalnie. Jednak ja to tak pamiętam. Przy zarzutach o koloryzowanie historii zawsze przytaczam anegdotę o mojej babci, która w czasie II wojny była zesłana na roboty do Niemiec. Zawsze powtarzała, że to najpiękniejszy okres w jej życiu. Tam poznała dziadka, tam się urodziło jej dziecko. Człowiek ma atawistyczną tendencję do obrony swojej młodości, czasu najwspanialszego.

Jak pana zastał stan wojenny?
Obudziłem się rano i pierwsze skojarzenie to wojna. Ojca, który był wojskowym, nie było w domu, w nocy gdzieś wyjechał. Nie wiedziałem wtedy, co to wszystko znaczy. Zdawałem sobie sprawę, że wojsko zrobiło skok na „Solidarność”, chciało ją odizolować. Wszystkie teorie, czy stan wojenny był potrzebny, czy nie, wtedy nie istniały. Tak jak w filmie problem pojawił się później. Pierwsze reakcje młodzieży były wtedy fantastyczne: szkoły były pozamykane, chodziliśmy na lodowisko od rana do wieczora. Wspominam ten czas bardzo pozytywnie, mimo że miałem absolutne zderzenie ideologii w domu. Mama była w „Solidarności”, a ojciec był w partii. Dyskusje o sytuacji politycznej toczyły się od początku, ale rodzice mnie przed nimi chronili. W filmie jest podobnie. Tak naprawdę tylko raz Janek (bohater filmu – red.) rozmawia z ojcem o polityce, większość rzeczy jest podsłuchana. Coś tam wpadało z domu, radia i TV, ale uwaga była gdzie indziej. Wtedy miałem eksplozję hormonów, orgię umysłów. Liczyła się tylko miłość, muzyka, koledzy, żeby wyjść z domu. Kto w wieku nastu lat zajmuje się historią? To jest ciężar, który później spotykamy. Kształtują się poglądy i trzeba wybrać jakąś drogę. To był dla mnie i dla bohaterów „WCK” wspaniały moment zawieszenia pomiędzy końcem absolutnego, niewinnego dzieciństwa a dorosłością. Tu jeszcze nie odpowiada się za nic poza sobą samym. To prosty świat.


Historia Janka i zespołu WCK to w zasadzie pański życiorys?
Od początku pisania scenariusza skupiłem się na sobie. Wszystko jest wzięte z mojego domu, podwórka. Nad filmem zacząłem się zastanawiać, kiedy zobaczyłem koncert zespołu Beastie Boys sprzed kilku lat, na którym wrócili do swoich muzycznych korzeni. Na początku kariery grali punk rocka, później weszli w rap. Słuchając ich po raz pierwszy od wielu lat, usłyszałem muzykę, od której zaczynałem, którą pierwszą grałem. Zacząłem sobie zadawać pytanie, kiedy to było i że może to jest temat na film. Zaczęło się więc od muzyki, zderzenia jej z tamtymi czasami. Zacząłem się w nie zagłębiać, czasami zderzając moje wspomnienia z tym, co pamiętali moi rodzice i przyjaciele.


Pan grał w punkowej kapeli razem z twórcą muzyki do „WCK” Danielem Bloomem?
Tak, dlatego też jasny był wybór rodzaju muzyki, jaki gra Janek z kolegami. Punk był wtedy oddechem. Uświadomiłem sobie, że to, czego słuchają moi rówieśnicy, jest inne od tego co dookoła. Perfect o tym nie śpiewał, Maanam, Lady Pank też o tym nie śpiewali. To wyszło z podziemia: Deuter, Dezerter, WC i Brygada Kryzys zaczęli śpiewać o rzeczach, których się domyślałem, o których gdzieś tam szeptano.

Rodzice niespecjalnie wiedzieli, o co w tej muzyce chodzi? Jest w filmie taka scena, kiedy Janek dowiaduje się, że dostali się do Koszalina. Tłumi radość przed matką. Nie mówi jej tego, najpierw leci do kumpli.
No tak, przecież gdyby mama dowiedziała się o tym, że zespół został zakwalifikowany do festiwalu, to przytuliłaby synka i powiedziała „no wspaniale, cieszę się z twoich sukcesów”. Nie o to chodziło. Chodziło o to, żeby powiedzieć „kurwa, jest pięknie człowieku, jedziemy na festiwal, będziemy grać”. Mamy świat u swoich stóp, chociaż w sumie chodziło o jakiś prowincjonalny festiwal. Kto mógł to zrozumieć? Kumple z kapeli, najbliżsi przyjaciele.

Jak skompletowany został filmowy zespół WCK?
Przez klasyczny casting. To była najtrudniejsza część filmu. Szukaliśmy nie tylko zdolnych aktorsko studentów, ale też ludzi, którzy mają słuch, którzy nauczą się grać. Poza perkusistą, który ma zespół, cała reszta musiała nauczyć się obsługiwać instrumenty. Parę miesięcy prób przed zdjęciami spowodowało, że to, co grali na planie, grali na żywo.


Kto jest autorem utworów?
Najpierw rozmawiałem z Tomkiem Lipińskim. Chciałem, żeby napisał muzykę do filmu, ale on był wtedy zapracowany, reaktywował swoje kapele, nie miał czasu. Ponieważ fundamentalną kapelą tamtego okresu było dla mnie WC, zwróciłem się do nich. Kupiłem prawa do ich piosenek. Numery grane przez WCK to są oryginały z tamtych lat wykonywane przez WC.

W wywiadach młodzi aktorzy zdradzają, że na planie panował iście punkowy klimat. Nie bał się pan, że zadziała zasada: jeżeli ekipa dobrze bawi się na planie, to na ekranie już nie jest tak dobrze?
To raczej zabobony. Poza tym punkowo było w okresie przedzdjęciowym. Zabrałem młodych aktorów na Hel, pokazać miejsca, gdzie będziemy kręcili, i przede wszystkim zaprzyjaźnić się z nimi. Moja relacja z aktorami oparta jest na zaufaniu, a na to potrzeba czasu. Faktycznie, chłopaki tak wkręcili się w punkowy klimat, że po siedmiu czy ośmiu nocach nie było już na Helu hotelu, który by nas przyjął. Było trochę rozrób. Także po zdjęciach, ale odbywało się to na zasadzie rozładowania napięcia. Dzięki temu aktorzy weszli w klimat bohaterów w sposób idealny dla reżysera. Korzystałem z tego, choć czasami musiałem ich temperować. Kiedy na przykład zaczęli z pistoletów na kulki strzelać w ludzi, musiałem ostro reagować. Na samym planie jednak zabawy nie było.


Jak wygląda plan u Jacka Borcucha? Wszystko jest dokładnie zaplanowane czy dopuszcza pan improwizację?
U mnie jej nie ma. Wszystko, co do słowa, jest wyreżyserowane. Mam zwyczaj prowadzenia aktorów za rękę. Zresztą tak samo pracuję z aktorami doświadczonymi, jak Andrzej Chyra czy Jan Nowicki. Dokładnie wiem, czego chcę, gdzie aktor ma stanąć, spojrzeć, schylić głowę. Oczywiście czasami wychodzą intuicyjnie jakieś rzeczy. Aktor na tyle swobodnie porusza się po mapie grania, że idzie w swoje historie. Jeżeli to ma ręce i nogi, to za tym idę. Ale improwizacji w „WCK” nie ma. Czasami inny kierunek, w jakim idzie pierwotnie napisana scena, bierze się z tego, jak podpatrzę zachowania aktorów poza planem. Nie sądzę, by w tym filmie było to 10 procent.

Co oprócz castingu było najtrudniejsze przy pracy na planie?
Scenografia, znalezienie odpowiednich plenerów. Okazało się, że trudniej jest teraz zrobić film osadzony w latach 80. niż w latach 20. Są całe części miast – starówki, które można wykorzystać do filmu osadzonego kilkadziesiąt lat temu. Problem z latami 80. jest taki, że tej rzeczywistości już nie ma. Znalezienie osiedla filmowego było bardzo ciężkie. Nam udało się to w Pucku. W Gdyni zrobiliśmy natomiast deptak, gdzie Janek spotyka się z Basią, graną przez Olgę Frycz. W porcie ustawiliśmy kiosk z lat 80., ławki, samochody, zacumowaliśmy też cywilne kutry. To była olbrzymia praca scenografa.


Bohaterowie filmu to trochę oderwani od rzeczywistości punkowcy. Ale to tylko część prawdy o ludziach tamtych czasów.
Jest taka scena, kiedy Janek wraca z bratem z gry w hokeja do domu. Zaczepiają ich żołnierze przy koksowniku i proszą o kupienie papierosów. Ci odpowiadają, że OK, ale jedną paczkę wezmą sobie, na to żołnierz: „A ile macie lat?”, a chłopaki: „A ty?”. To jest symboliczne spotkanie rówieśników. Przecież żołnierze nie wybierali sobie takiego losu. Ten wybór nie był dokonany przez nich. Mieszaliśmy się z nimi. Oni niewiele mieli wspólnego z tą całą masą sukinsynów, ubeków. Mój ojciec był oficerem, więc ja poruszałem się po jednostce swobodnie. Znałem kadrę, w kasynie przesiadywał ksiądz, przyjaźnił się z nimi. Ideolodzy komuniści byli, ale w dużych ośrodkach. To zaplecze techniczne z prowincji niespecjalnie przejmowało się polityką. Ojciec poszedł do wojska nie z ideologii, ale dlatego, że dawało wykształcenie, stałą pracę itp. Takich ludzi było wielu.

W jednym z wywiadów przytoczył pan słowa jednego z dyrektorów festiwalu Sundance, do którego film został zakwalifikowany. Powiedział on, że „WCK” jest na wskroś amerykański. Co to znaczy?
Chodziło mu o ikonografię tego filmu. Bohater spełnia wymogi kanonu amerykańskiego buntownika, z którego wyrastają Heath Ledger, River Phoenix, James Dean. Janek to bohater, który staje w poprzek rzeczywistości. Przy tym film opowiedziany jest dosyć prosto, oparty na emocjach. Bardzo intensywnie myślałem nad bardzo dobrym przyjęciem filmu za granicą i jego zaproszeniu do Sundance. Zawsze umiejscawiałem siebie w kulturze europejskiej, dlatego było to dla mnie duże zaskoczenie. Z drugiej strony uświadomiłem sobie, że ukształtowało mnie kino amerykańskie, anglosaska kultura. Takie obrazy jak „Powiększenie” i „Dawno temu w Ameryce”. Byłem zapatrzony w tamtą stronę. Nie przepadam teraz za amerykańskim kinem, ale się na nim wychowałem. Gdyby mnie ktoś spytał, gdzie chcę robić filmy, na pewno byłaby to Europa. Kompletnie mnie nie podnieca Hollywood. Pewnie gdybym dostał taką propozycję, to bym się nad nią zastanowił, ale nie jest to szczyt moich marzeń. Interesuje mnie kontekst mojego kraju. Kulturowo Ameryka jest mi obca i obojętna. Stąd to moje zdziwienie, że film jest lepiej odbierany na Zachodzie niż w Polsce. Wydawało mi się, że robię film na wskroś polski, który będzie tutaj zrozumiały.


No właśnie. Mówi się, że „WCK” to największy przegrany tegorocznej Gdyni. Z drugiej strony publiczność entuzjastyczne przyjęła film. Skąd te dysproporcje?
Ludzie, którzy oceniali ten film, byli w latach 80. dojrzali. Dla nich komunizm był absolutnie złem, wspominają te czasy traumatyczne. Stąd też wynika po części fenomen „Rewersu”. Opowiadanie i wybielenie ich młodości bardziej im odpowiada. W latach 80. walczyli z komuną i nie mogą zrozumieć, że 18-latek może mieć w dupie całą tę politykę. Dla nich to nie do pojęcia, że można było nad politykę przedłożyć muzykę. Stąd taki werdykt. Rozmawiałem zresztą z członkami jury. Według nich za mało było tu właśnie polityki. Dlaczego na przykład bohater nie widział pałowania ojca swej dziewczyny? Ja takich rzeczy nie widziałem. Na moją prowincję zamieszki nigdy nie dotarły. To się działo ponad. Wtedy mieliśmy w głowie hormonalną burzę. Jak już, to próbowaliśmy o tym mówić w muzyce. Chcieliśmy żyć lepiej, po to żeby kochać lepiej, podróżować... Nie po to, żeby kogokolwiek rozliczać. Opowieść nie jest obciążona żadną historyczną traumą. Ludzie na Zachodzie nie mają tego kontekstu. Film miał światową premierę w Azji, na festiwalu w Pusan. Półtora tysiąca ludzi przyjęło go entuzjastycznie. Po Sundance jedziemy na do Rotterdamu. To pokazuje, że nie ma na świecie problemu z jego odbiorem. My mamy skłonności do przemądrzania się, udowadniania swoich prywatnych tez. Tak że do werdyktu podchodzę z dystansem. Podejrzewam, że gdyby skład jury był inny, werdykt też.

Jest pan autorem pierwszego polskiego filmu niezależnego, który trafił do ogólnopolskiej dystrybucji. Jak od czasu „Kallafiorra” zmieniło się kino niezależne w Polsce?
Zawsze największym problemem w tak zwanym kinie niezależnym było zdobywanie pieniędzy. Kino niezależne tego typu narodziło się w Stanach, to są bracia Coenowie, Jarmusch, Tarantino, Cassavetes. To ruch filmowców, który ma na celu stworzenie alternatywy do wielkich wytwórni, koncernów, które miały monopol na tematykę filmów, ich dystrybucję. Chodziło o to, żeby z tych pieniędzy korzystać w sposób niezależny. Żeby nie zarabiały na kinie tylko cztery osoby. W Polsce nie ma niezależnego kina, jest kino biedne i mainstreamowe. Ja wywodzę się z biednego. Dostaję coraz większe pieniądze, ale wciąż czuję się niezależny. Robię, co chcę i kiedy chcę. Nie ma to jednak nic wspólnego z ruchem twórczym, który jest na przykład inny niż kino Krzysztofa Krauzego. On tworzy swoje kino, na tych samych zasadach co ja. Niezależnymi niesłusznie nazywają się ci, co nie mają pieniędzy. Ich filmy siłą rzeczy wyglądają gorzej, skoro nie ma pieniędzy na taśmę filmową, kamery, aktorów, montaż. Korzysta się z przyjaciół. Powstają filmy amatorskie, kino pasjonatów, ludzi, którzy bardzo by chcieli, a nie mają takich możliwości. Kino braku możliwości, ale pasji. Tak samo powstał zresztą „Kallafiorr”. Chciałem nim udowodnić, że bez pieniędzy można zrobić film może nie lepszy, ale też nie gorszy od innych, który da się oglądać.


Czyli kino niezależne to nie kino za zero złotych?
Absolutnie nie. Nie ma twórcy, który jak miałby możliwość otrzymania miliona dolarów, powiedziałby: nie chcę, chcę za zero. To jest nielogiczne. Ważne, żeby otworzyć się na innych, polegać na nich, otworzyć się na chęć współpracy. Nie fiksować się we własnym środowisku. Kino niezależne to w Polsce utopia. Bodo Kox od lat tworzy te same filmy, nie wychodzi poza pewien margines. Nie da się zrobić kroku w przód bez pieniędzy, współpracując tylko z kolegami. Potrzeba wsparcia instytucji i wtedy z tych, którzy chcą robić filmy, wybiera się najlepszych. Ale to też pytanie, kto miałby odsiewać.

Czy zobaczymy jeszcze Jacka Borcucha aktora?
Nie mam planów aktorskich. Wynika to przede wszystkim z nieciekawych propozycji, ale też z tego, że zanurzyłem się w reżyserię i nie mam na to czasu. Mógłbym też sam się obsadzać w swoich filmach, ale nie mam takiej potrzeby. Nie jestem chyba jakimś specjalnie utalentowanym aktorem, w związku z tym po co mam męczyć ludzi swoją osobą. Niech inni to robią, a ja będę reżyserował.

p