Borcuch: Wywodzę się z biednego kina
„Wszystko, co kocham” znakomicie przyjęto za granicą, ale jak na razie nie doceniono w Polsce. Reżysera oskarżano o wybielanie czasu stanu wojennego, choć swój film oparł na prawdziwych wydarzeniach. Nam Jacek Borcuch opowiada, jak zapamiętał lata 80., ile jego samego jest w bohaterze „WCK” i co to jest kino niezależne w Polsce.
- Wolność, miłość, muzyka - "Wszystko, co kocham"
- Historia Romeo i Julii stanu wojennego
- Najgorętsze premiery filmowe 2010 roku
- Oto najlepsze polskie filmy i aktorzy
- "Wszystko, co kocham" niedługo w kinach
- Polski film walczy w Sundance
- Dzieło Jacka Borcucha jedzie do Rotterdamu
- Polski film walczy o laur w Sundance
- Gdzie ukryto skarb Solidarności? Właśnie kręcą!
- Oto polski film, który powalczy o Oscara
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-05-16

temp. min 3°C max. 18°C
opady:
umiarkowane opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Romeo i Julia lat 80., historia dojrzewania w cieniu stanu wojennego, wreszcie obraz młodzieńczego buntu - to tylko niektóre z opinii o „Wszystko, co kocham”. Co dla pana jest w nim najważniejsze?
Jacek Borcuch: Bardzo mnie cieszy tak różny odbiór mojego filmu. Im szersza percepcja, tym lepiej. To wszystko, o co pan pyta, jest w filmie: miłość, dojrzewanie i polityka. Wyważone w sposób, w jaki ja pamiętam tamte czasy. Jeden z zarzutów, jakie słyszałem o „WCK”, to, że próbuję lukrować przeszłość. Ale to historia osadzona na prowincji, jej bohater ma 17 lat i ma w dupie politykę. Dla niego stan wojenny to zamknięte szkoły i brak ojca w domu. Z grubsza rozumie sytuację, ale dla niego cały świat to muzyka i miłość. Jeżeli było się w tym okresie zaangażowanym działaczem, kolportowało prasę, rzucało kamieniami itd., to może wkurzać wmawianie, że w wojsku było normalnie. Podobnie może myśleć młody zaangażowany krytyk filmowy, który urodził się w drugiej połowie lat 80., fakty ze stanu wojennego zna z prasy i nie ma pojęcia, że mogło być normalnie. Jednak ja to tak pamiętam. Przy zarzutach o koloryzowanie historii zawsze przytaczam anegdotę o mojej babci, która w czasie II wojny była zesłana na roboty do Niemiec. Zawsze powtarzała, że to najpiękniejszy okres w jej życiu. Tam poznała dziadka, tam się urodziło jej dziecko. Człowiek ma atawistyczną tendencję do obrony swojej młodości, czasu najwspanialszego.
Jak pana zastał stan wojenny?
Obudziłem się rano i pierwsze skojarzenie to wojna. Ojca, który był wojskowym, nie było w domu, w nocy gdzieś wyjechał. Nie wiedziałem wtedy, co to wszystko znaczy. Zdawałem sobie sprawę,
że wojsko zrobiło skok na „Solidarność”, chciało ją odizolować. Wszystkie teorie, czy stan wojenny był potrzebny, czy nie, wtedy nie istniały. Tak jak w filmie problem
pojawił się później. Pierwsze reakcje młodzieży były wtedy fantastyczne: szkoły były pozamykane, chodziliśmy na lodowisko od rana do wieczora. Wspominam ten czas bardzo pozytywnie, mimo że
miałem absolutne zderzenie ideologii w domu. Mama była w „Solidarności”, a ojciec był w partii. Dyskusje o sytuacji politycznej toczyły się od początku, ale rodzice mnie
przed nimi chronili. W filmie jest podobnie. Tak naprawdę tylko raz Janek (bohater filmu – red.) rozmawia z ojcem o polityce, większość rzeczy jest podsłuchana. Coś tam wpadało z
domu, radia i TV, ale uwaga była gdzie indziej. Wtedy miałem eksplozję hormonów, orgię umysłów. Liczyła się tylko miłość, muzyka, koledzy, żeby wyjść z domu. Kto w wieku nastu lat
zajmuje się historią? To jest ciężar, który później spotykamy. Kształtują się poglądy i trzeba wybrać jakąś drogę. To był dla mnie i dla bohaterów „WCK”
wspaniały moment zawieszenia pomiędzy końcem absolutnego, niewinnego dzieciństwa a dorosłością. Tu jeszcze nie odpowiada się za nic poza sobą samym. To prosty świat.











































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!