Od ponad 20 lat pracuje pan jako producent. Od dawna też jest pan zaangażowany w politykę jako aktywny działacz społeczności żydowskiej. Ale dopiero Quentin Tarantino przekonał pana do udziału w produkcji filmu poruszającego najtragiczniejszą część historii Żydów?
Lawrence Bender: Oczywiście myślałem wcześniej o tego typu filmie. Jednak wszystkie dobre scenariusze poruszające temat Holokaustu omijały moje biurko, do czasu „Bękartów wojny”. Mogę powiedzieć, że czekałem na taki scenariusz od lat. To pierwszy obraz, nie licząc „Niewygodnej prawdy” – zapisu jednego z wykładów Ala Gore’a, w który tak bardzo zaangażowałem się emocjonalnie. Do tej pory zależało mi przede wszystkim na atrakcyjności mojej produkcji. W przypadku „Bękartów wojny” jest inaczej, one łączą wszystkie największe pasje mojego życia: film, politykę i dumę z bycia Żydem.

Kiedy po raz pierwszy zetknął się pan ze scenariuszem Tarantino?
Quentin pracował nad „Bękartami wojny” ponad 10 lat. Od początku opowiadał mi o tym projekcie. Zbierał materiały, czytał biografie uczestników tamtych wydarzeń, oglądał filmy z okresu II wojny światowej. Co pewien czas pokazywał mi kilka stron tekstu. Wreszcie podczas swoich zeszłorocznych urodzin w Las Vegas zdradził, że ma gotowy scenariusz. Kilka dni później dostałem tekst i od razu przeczytałem go dwa razy z rzędu. Już pierwsza scena wcisnęła mnie w fotel, uważam ją za jedno z najlepszych otwarć filmowych w historii kina. Zadzwoniłem do Quentina i powiedziałem: dziękuję ci jako fan, producent i jako Żyd. To jak spełnienie zakazanego snu Żydów. Odpowiedział krótko: Wow!


Jak „Bękarty wojny” zostały odebrane w Izraelu?
Bardzo obawialiśmy się ich przyjęcia w Tel Awiwie. Na szczęście okazało się, że niepotrzebnie. Mieliśmy znakomite otwarcie w Izraelu, zresztą tak samo dobre było na przykład w Berlinie. Równie dla mnie ważne – poza wypchanym portfelem oczywiście – są pozytywne wypowiedzi o nim działaczy organizacji żydowskich, ortodoksyjnych Żydów.

Jaki był najtrudniejszy moment podczas realizacji „Bękartów wojny”?
Zdecydowanie scena pożaru w kinie. Musieliśmy spalić salę ze 150 elegancko ubranymi ludźmi w środku. Początkowo chcieliśmy nakręcić ją w studio Marleny Dietrich w Babelsbergu. W tamtym pomieszczeniu było jednak masę drewna. Nie można było rozpalić nawet grilla, nie mówiąc już o pożarze. Na dodatek Quentin chciał, by w jego obrazie pojawiło się jak najmniej efektów specjalnych. Więc pytaniem było: jak bezpiecznie wzniecić taki ogień i jak bezpiecznie sfilmować z prawdziwym ogniem ludzi? Przy użyciu minimalnych efektów udało się.


„Bękarty wojny” wyznaczyły nową drogę pokazywania dramatu II wojny światowej. Zupełnie inną niż na przykład „Lista Schindlera”.
Film Spielberga jest arcydziełem, nie ma co do tego wątpliwości. Cenię sobie jednak kino, które wytacza nowe kierunki, a takie jest choćby „Życie jest piękne”. Komedia o Holokauście? Jak śmiesz! – powiedziało pewnie wielu Benigniemu, ale moim zdaniem to jeden z najważniejszych filmów dla Żydów.