Witalij Manski jest wybitnym rosyjskim dokumentalistą pochodzenia żydowsko-ukraińskiego. Światowy rozgłos przyniosły mu filmy o życiu w reżimie, jak "Ojczyzna albo śmierć" o Kubie czy "Pod opieką wiecznego słońca" o Korei Północnej. W trakcie blisko trzydziestoletniej kariery Manski częściej jednak skupiał się na rodzimych stronach, kręcąc dokumenty o Gorbaczewie, Mauzoleum Lenina, gazociągu transsyberyjskim czy Ukrainie po rewolucji na Majdanie. Nowe dzieło reżysera odsłania z kolei kulisy dojścia Władimira Putina do władzy.

"Świadkowie Putina" bazują wyłącznie na materiałach archiwalnych z czasów, gdy Manski dokumentował kampanię wyborczą przyszłego prezydenta dla rosyjskiej telewizji publicznej. Dzięki temu dostajemy unikatowe relacje z pierwszej ręki i rozmowy w cztery oczy; bodaj żaden inny filmowiec nie zbliżył się tak bardzo do Władimira Władimirowicza - i nie bez powodu Manski z rodziną mieszka obecnie na Łotwie.

Film zaczyna się w sylwestra 1999 roku, kiedy to Borys Jelcyn w emocjonalnym orędziu noworocznym zrzeka się funkcji i przekazuje władzę na ręce obecnego premiera, a byłego szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Reżyser nie ucieka od perspektywy osobistej. Nie tylko pozwala sobie na odautorski komentarz, ale także kieruje oko kamery na zapłakaną starszą córkę czy żonę głośno złorzeczącą na "koniec utopii".

Przede wszystkim jednak obserwujemy "od wewnątrz" rosyjską politykę w momencie zwrotnym - od chwili, gdy Putin zostaje p.o. prezydenta, po oficjalne objęcie przez niego urzędu w wyniku zwycięstwa w pierwszej turze teoretycznie wolnych wyborów. Teoretycznie, bowiem w praktyce samo "pełnienie obowiązków" wystarczyło, by Putin zablokował części oponentów dostęp do mediów publicznych. Sam nie wziął też udziału w żadnej debacie politycznej. W zasadzie to była - jak uzmysławia Manski - "kampania bez kampanii". Żadnych spotów wyborczych, żadnego programu gospodarczego. Putin energicznie działał w terenie, spotykał się z potencjalnymi wyborcami w całym kraju, z naciskiem na wsie i miasteczka, ale pozostawał enigmą, tak dla Rosji, jak dla reszty świata.

Namaszczenie przez wciąż popularnego Jelcyna przydało jednak byłemu agentowi KGB wiarygodności wśród rodaków i na Zachodzie. Upatrywano w nim kontynuatora w prostej linii prodemokratycznych i prokapitalistycznych rządów poprzednika, choć co bystrzejsi obserwatorzy nie dali sobie zamydlić oczu, zwracając uwagę na palący problem Czeczenii. To właśnie z tego powodu na wizytującego na Kremlu w trakcie putinowskiej kampanii Tony'ego Blaira spadły gromy ze strony obrońców praw człowieka.

Manski idzie jeszcze dalej. Mianowicie stawia tezę, że Putin nie objął władzy nad Rosją wraz z Nowym Rokiem i błogosławieństwem Jelcyna, ale kilka miesięcy wcześniej, we wrześniu 1999, gdy jako świeżo upieczony premier stanowczo i ostro zareagował na serię zamachów bombowych na budynki mieszkalne w Bujnaksku, Moskwie i Wołgodońsku. Słowem, zbudował swój kapitał polityczny na zamachach, które pochłonęły blisko trzysta ofiar i stały się bezpośrednim pretekstem do drugiej wojny czeczeńskiej.

Obarczanie Czeczenów odpowiedzialnością za tragedię, która wstrząsnęła Rosją, do dziś budzi kontrowersje. Dość przypomnieć, że nieżyjący już Boris Bieriezowski, bliski współpracownik Jelcyna, utrzymywał, że za zamachami stało FSB z rozkazu Putina. Tego samego zdania był zbiegły do Wielkiej Brytanii i tamże otruty podpułkownik FSB Aleksandr Litwinienko.

Oczywiście wszystko to tylko hipotezy bez twardych dowodów, niemniej nie trzeba nawet incydentu czeczeńskiego do obrazu Putina jako mistrza fake newsów na długo przed epoką fake newsów. Przede wszystkim w odniesieniu do własnego wizerunku, którym zmanipulował wyborców, doradców, popleczników, zachodnich liderów, Jelcyna, a nawet samego Manskiego, biorącego w 2000 roku czynny udział w proputinowskiej propagandzie. To nie kto inny jak Manski podsunął Putinowi w czasie kampanii populistyczny pomysł odwiedzin "ukochanej" nauczycielki. Skądinąd scena "spontanicznej" wizyty świetnie oddaje charakter Władimira Władimirowicza, który może stawać na rzęsach - wręczać kwiaty, przytulać się, uśmiechać - a i tak jego mowa ciała zdradza dystans, zaś oczy pozostają zimne.

Jeszcze większe wrażenie robi scena, w której poznajemy personalia sztabu wyborczego. Okazuje się, że spośród wszystkich osób, które pracowały na sukces Putina, wierny wodzowi pozostał jedynie ówczesny szef sztabu, niejaki Dmitrij Miedwiediew. Pozostali albo przeszli do opozycji, albo zmarli. Nie zawsze śmiercią naturalną.

Na najbardziej tragiczną figurę w filmie wyrasta jednak Jelcyn. Jest jak nieszczęsny doktor Frankenstein, któremu eksperyment wymknął się spod kontroli. Kamera Manskiego towarzyszy byłemu prezydentowi przez cały wieczór wyborczy. Po wynikach exit poll Jelcyn tryska humorem i wznosi toast za następcę tudzież "swoje zwycięstwo". Cieszy się, że "postawił na właściwego konia", którego wybrał, jak w międzyczasie ujawnia, spośród dwudziestu kandydatów. Następnie postanawia zadzwonić do Putina z gratulacjami i otrzymuje zapewnienie, że ten zaraz oddzwoni. Mijają minuty. Godzina. Cisza. Wyraźnie skonfundowany Jelcyn robi dobrą minę do złej gry i próbuje jeszcze usprawiedliwiać Putina - że może imprezuje albo przeciwnie, siedzi w wannie po wyczerpującym wieczorze. Nic z tego. Telefon milczy jak zaklęty. Putin, który zresztą w trakcie całej kampanii nie wspomniał Jelcyna ani razu, i teraz okazuje lekceważenie.

"Władimir Putin wszedł w rolę władcy jak rozżarzony nóż w masło (...), coraz bardziej dystansując się od swojego stwórcy", komentuje Manski.

Po wyborach Putin zdaje się już w pełni samowystarczalny. Maskę zrzuca jednak stopniowo, z rozmysłem. Bez wiedzy Jelcyna przywraca militarną ikonografię ZSRR i radziecki hymn. Do pracy nad nową aranżacją i uwspółcześnionym tekstem zatrudnia autora oryginalnych słów Siergieja Michałkowa oraz jego syna Nikitę, reżysera światowej sławy. To nie pomaga. Petycję przeciw hymnowi podpisują zwolennicy i wyborcy Putina, a także wiele osobistości, "niemalże sumienie narodu", jak odważnie wytyka prezydentowi Manski. "To sumienie nie czuje tragedii, którą przeżywa naród", odpowiada władca. Po czym uzasadnia swoją decyzję... troską o starsze pokolenie. "Większość społeczeństwa darzy pewną nostalgią... Nie można ludziom odbierać wszystkiego. To moralny aspekt całej sytuacji (...). Mamy to wszystko wyrzucić na śmietnik historii, tak jakby nie przeżyli tamtych czasów? To byłoby okrucieństwem wobec naszych rodziców", peroruje.

"Dlaczego mielibyśmy żyć w rytm innej muzyki? Dlaczego nie możemy przy dźwiękach hymnu Aleksandrowa wspominać zwycięstwa w II wojnie światowej zamiast gułagów? Nie musimy kojarzyć tej muzyki z najgorszymi aspektami życia w czasach radzieckich", broni hymnu, który później Jelcyn z goryczą określi mianem "czerwoniutkiego".

Manski poświęca kontrowersjom wokół pieśni sporo czasu, ale sprytnie wpisuje je w szerszy kontekst. Między słowami przebijają dyktatorskie zapędy Putina, jego marzenia o wielkiej Rosji i ledwie maskowana niechęć do jakiegokolwiek sprzeciwu. "Nie da się przekonać 140 milionów ludzi... Chociaż mam wrażenie, że gdybym mógł osobiście z każdym pogadać, to przekonałbym wszystkich", najzupełniej serio oznajmia prezydent.

Patrzy się i słucha tego wszystkiego z rosnącym niepokojem, które to uczucie potęguje jeszcze iście "horrorowa" muzyka Kārlisa Auzānsa ("Gra pozorów"). Z perspektywy polskiego widza najbardziej przerażające okazują się jednak samonarzucające się analogie. "Zamach" jako katapulta do władzy, retoryka strachu, fiksacja na przeszłości. Tam "Make Russia great again!", tu "Make Poland great again!". Patrzysz na Rosję 1999 i widzisz Polskę 2019.

I co poradzisz? "Życie pokazało, że milczące świadkowanie zmienia świadków we współwinnych", konstatuje Manski w finale. Właśnie.

Świadkowie Putina - zwiastun pl

"Świadkowie Putina", Łotwa, Szwajcaria, Czechy 2018, reż. Witalij Manski, dystrybucja: Against Gravity

Film w kinach od 28 czerwca