Dziennik Gazeta Prawana logo

"Imigrantka": Odbić się od dna [RECENZJA]

29 kwietnia 2014, 14:12
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Imigrantka
Imigrantka/Media
Pierwszy kwadrans nowego filmu Jamesa Graya jeszcze nie zdradza, że przekroczenie progu sali kinowej zakończy się dla posiadacza biletu rozczarowaniem nie mniejszym niż pierwsze spojrzenie Ewy Cybulskiej na górujący nad Ellis Island smętny zwiastun rychłej beznadziei, Statuę Wolności.

Dla polskiej imigrantki symbol ten szybko staje się zjadliwie ironiczny, gdyż na granicy zostaje rozdzielona z poddaną kwarantannie siostrą i deportowana. Ewa ucieka się jednak pod protekcję nowojorskiego przedsiębiorcy robiącego w rozrywce, czyli, bez owijania w bawełnę, alfonsa, niejakiego Bruna, który łapówkami ratuje dziewczynę z opresji. Co dzieje się dalej, zgadnąć chyba nietrudno.

"Imigrantka" z pewnością kusi starannie wystylizowanym ponuractwem miejskiego gąszczu z betonu, szkła i stali. Szarzyzna zakradająca się do każdego kąta pozwala wierzyć, że nad amerykańską metropolią początku lat 20. nieustannie unoszą się burzowe chmury, zresztą i sama Ewa swój los widzi w barwach sepii. Nawet erotyczne tańce urządzane przez Bruna w podrzędnej spelunie mają w sobie tyleż burleskowego wdzięku i energii, co chochole pląsy. Amerykański sen nie będzie udziałem katowiczanki. Gray bezlitośnie wikła ją w miłosny trójkąt, mnożąc kolejne nieszczęścia, sprowadzając na dno dna, od którego jeśli się nie odbije, na zawsze ugrzęźnie w mule. Na scenie pojawia się też empatyczny magik Orlando, któremu Ewa wpada w oko, lecz kobieta nie może opuścić miasta bez siostry, na której leczenie zarabiać ma, dzięki pośrednictwu obrotnego Bruna, dotrzymując towarzystwa jego nadzianym klientom.

Przez dwie godziny Marion Cotillard efektownie cierpi. Na scenie tancbudy, w łaźni, na ulicy, w łóżku, na pryczy i w kościele, aż ten festiwal zgryzoty staje się niemalże nie do zniesienia i prowadzi do całkowitego zobojętnienia na los Ewy. Zbolała mina tytułowej imigrantki, do której praktycznie ogranicza się ekspresja Cotillard, nie maskuje scenariuszowego niedostatku. Gray próbuje niby zagrać na religijnej nucie i zaakcentować rolę kluczowych dla katolicyzmu kwestii przebaczenia, pokuty oraz odkupienia, którą są życiowymi kierunkowskazami kobiety, ale dochodzi przy tym do banalnych wniosków, niemiłosiernie brnąc koleinami wtórności do spodziewanego finału.

Zadatki na interesującą postać miał sutener Bruno, bo dzięki talentowi Joaquina Phoenixa, etatowego już aktora amerykańskiego reżysera, udało się nadać mu choćby powierzchowną dwuznaczność. To również człowiek, któremu przed laty przyśnił się amerykański sen i chce przekonać innych, aby uwierzyli w to, w co sam nie wierzy, że udało mu się go ziścić.

Pojawia się też jeszcze jeden zgrzyt – Cotillard usiłuje mówić w "Imigrantce" po polsku. I o ile nie sposób nie docenić starań samej aktorki, która pewnie nieraz zwichnęła sobie język, zasadność owego zabiegu jest cokolwiek dyskusyjna, bowiem nasza rodzima mowa brzmi na ekranie po prostu karykaturalnie.

IMIGRANTKA | USA 2013 | reżyseria: James Gray | dystrybucja: Best Film | czas: 120 min

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj