Dziennik Gazeta Prawana logo

"Need for Speed": Przerost prędkości nad treścią [RECENZJA]

20 marca 2014, 09:44
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Need for Speed
Need for Speed/Monolith Films
Spojler tytułowy – ironiczna odmiana ukłonu w stronę widza, który nie musi dzięki niemu tracić czasu na oglądanie zwiastunów bądź czytanie czegokolwiek o filmie przed seansem. Zjawisko do perfekcji opanowane przez twórców "Zabójstwa Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda" występuje również w najnowszym blockbusterze okupującym pierwsze miejsca brytyjskiego i chińskiego box-office'u – w "Need for Speed" rzeczywiście główną i jedyną rolę gra prędkość.

Nie ma się co oszukiwać. Tu nie chodzi ani o scenariusz, ani o spojlery, chyba że mowa o spojlerach doczepionych do samochodów migających przed oczyma widzów. Fabuła? Interesująca będzie tylko dla tych, którzy lubują się w przewidywaniu kto, z kim, kiedy i który wypadek będzie fatalny w skutkach.

Można utyskiwać na ograną i schematyczną historię, jednak ta adaptacja kultowej gry komputerowej ani przez chwilę nie próbuje udawać, że scenariusz pełni tu jakąkolwiek funkcję – poza stworzeniem bohaterów, których można posadzić za kółkiem. Sam oryginał nie należy do gier fabularnych, których rozwinięcie akcji śledzi się z równą przyjemnością na YouTube, co podczas samodzielnego przechodzenia kolejnych poziomów. Jak zauważył Michael Keaton w roli nadpobudliwego komentatora – akcja filmu to "wyścig do wyścigu".

Historia Tobey Marshalla (Aaron Paul, znany z roli w "Breaking Bad"), dla którego wygrana w nielegalnym rajdzie ulicznym staje się równoznaczna z zemstą na byłym wspólniku, jest tu tylko pretekstem do skasowania kilku najdroższych samochodów świata. Miłośnicy motoryzacji mogą jednak spać spokojnie – żadne Bugatti, Lamborghini czy Koenigsegg nie ucierpiały podczas kręcenia filmu. Na potrzeby ekranizacji zbudowano idealne repliki, które zachwycają zarówno gdy mkną po ulicach, jak wtedy gdy – koziołkując w płomieniach – spadają do rzeki.

Szaleńcze pościgi i samobójcze triki robią tym większe wrażenie, że reżyser Scott Waugh zdecydował się zrezygnować z efektów komputerowych – wszystkie sceny zostały nakręcone z użyciem realnych aut oraz kierowców z krwi i kości.

Całą recenzję Ewy Wildner czytaj w portalu Stopklatka.pl>>>

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Stopklatka
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj