Dziennik Gazeta Prawana logo

"Arirang" – moralność pana Kima

13 kwietnia 2012, 10:23
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Kim Ki-Duk
Kim Ki-Duk/AP
Kim Ki-Duk był (jest nadal?) najlepszym filmowym towarem eksportowym Korei. Jego filmy każdego roku startowały na festiwalach w Wenecji, Berlinie albo w Cannes, chociaż z reguły były to dęte i pretensjonalne popłuczyny po późnym Kieślowskim wykąpanym w azjatyckim sosie.

Kino Ki-Duka stanowiło jednak sublimację tego, czego pragnęła wyrobiona, ale niezbyt głęboka festiwalowa publiczność. Medytacje, Pan Bóg, brak Pana Boga, dużo słońca, cztery pory roku, efektowna kuchnia koreańska, "kot w pustym mieszkaniu" itp. Jednak kilka lat temu Kim Ki-Duk zniknął. Jego filmy nie przestały podobać się selekcjonerom festiwali, tylko on sam po prostu skończył z kinem. Czasowo albo na zawsze. Dokument "Arirang" to osobliwe wyjaśnienie tego kroku.

Jury prestiżowego przeglądu "Un Certain Regard" na festiwalu w Cannes, nagradzając "Arirang", pisało o "wstrząsającej psychoterapii". Wygląda to tak: Kim Ki-Duk patrzy w amatorską kamerkę – marszczy czoło, trochę się ślini, intensywnie myśli, a my czujemy, że namysł Kima musi być naprawdę głęboki. Minuta, dwie, trzy wymownego sapania: w kinie to cała nieskończoność.
Po pewnym czasie dowiadujemy się, że pan Kim zamieszkał w zimnej chatce bez centralnego ogrzewania, rozbił tam namiot, a nawet skonstruował ekspres do kawy. Poza tym dni i noce mijają mu na refleksji nad złem tego świata.

Generalnie jest rozczarowany. Denerwuje go przerost formy nad treścią, stylistyczne ozdobniki oraz zamówienie społeczne, żeby wciąż kręcił te swoje metafizyczne oleodruczki. Tymczasem Kim Ki-Duk jest znudzony i smutny. Konkretnym pretekstem zawieszenia pracy twórczej był wypadek, któremu uległa aktorka na planie jego poprzedniego filmu "Snu". Gdyby reżyser w ostatniej chwili nie pomógł artystce, mogłoby skończyć się tragicznie. "Płakałem" – zwierza się nam. I opowiada, że łzy wzruszenia rzuciły się cieniem na całą dotychczasową twórczość. W międzyczasie słyszymy tytułowy utwór "Arirang", pieśń, jaką śpiewają Koreańczycy pogrążeni w melancholii. Brzmi trochę jak pitu-pitu Zbigniewa Preisnera z ostatnich filmów Kieślowskiego. Co za zbieg okoliczności!

ARIRANG | Korea Pd. 2011 | reżyseria: Kim Ki-Duk | dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty | czas: 100 min

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj