Reżysera zainspirowała usłyszana niegdyś opowieść o załamaniu nerwowym niemieckiego filozofa Friedricha Nietzschego, który widząc na jednej z ulic włoskiego Turynu konia bitego przez dorożkarza, rzucił się zwierzęciu na szyję. Pomysł na film wykiełkował już w latach osiemdziesiątych, lecz minęły przeszło dwie dekady, zanim doszło do realizacji. Tarr z napisanej wspólnie z László Krasznahorkaiem historii stworzył swoje opus magnum, wieńczące jego wieloletnią karierę reżyserską.

Reklama

"Koń turyński" nie ma tradycyjnego scenariusza, nakręcono go według luźnych notatek, to film nastroju, film obrazu, a nie słowa. Składa się na niego ledwie trzydzieści długich ujęć w czerni i bieli autorstwa Freda Kelemena, który współpracował z Tarrem już wcześniej przy kilku projektach. Sfotografowany przez niego świat ogranicza się jedynie do murowanej chaty i studni, do której codziennie odbywają pielgrzymkę mieszkający na odludziu dorożkarz i jego córka. Ich rutynowe zajęcia wyznaczają rytm każdego monotonnego dnia – ciężar zwyczajnej egzystencji przygniata oboje do samej ziemi. Złowieszczy nastrój filmu, podkreślany wspaniałą muzyką autorstwa Mihály’ego Víga, nawiązujący do poetyki kina niemego, przywodzi na myśl chwilę przed kataklizmem; dom z kamienia to miejsce gdzieś na krańcu świata, wręcz poza światem, tworzy odrębny mikrokosmos.

Dorożkarz zamienia z córką przez te parę dni, w ciągu których dzieje się akcja filmu, jedynie kilka zdań; pogrążeni są w nieustannym oczekiwaniu na nieuchronny koniec wszystkiego, a jednak pchani niewidzialną siłą poruszają codziennie trybiki rzeczywistości. Poprzez przybysza odwiedzającego samotne domostwo Tarr zdaje się mówić, że ów marazm to nie wyłączna wina Boga czy jakiejkolwiek wyższej siły, ale i samego człowieka, który pracuje na swoją własną apokalipsę.

Węgierski reżyser zrealizował dzieło pełne i kompletne, hipnotyzujące, do tego wielce zastanawiające – seansowi "Konia turyńskiego" towarzyszy refleksja, iż właśnie byliśmy świadkami niewytłumaczalnego, tajemniczego spektaklu, który usiłuje zamknąć w sobie ogół przemyśleń na temat kresu istnienia. Zresztą seans przynosi pewną paradoksalną, niewygodną ulgę, bowiem okazuje się, że świat może się skończyć w ciszy, bez błyskawicy i grzmotu. Zgasnąć tak, jak gaśnie naftowa lampa.

KOŃ TURYŃSKI | Węgry, Francja, Niemcy, Szwajcaria, USA 2011 | reżyseria: Bela Tarr | dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty | czas: 146 min