Dziennik Gazeta Prawana logo

Świat skończy się w ciszy. Hipnotyzujący "Koń turyński"

30 marca 2012, 10:06
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Koń turyński
Koń turyński/Media
Człowiek sam pracuje na swoją apokalipsę – mówi wybitny węgierski reżyser Bela Tarr w swoim ostatnim filmie "Koń turyński".

Reżysera zainspirowała usłyszana niegdyś opowieść o załamaniu nerwowym niemieckiego filozofa Friedricha Nietzschego, który widząc na jednej z ulic włoskiego Turynu konia bitego przez dorożkarza, rzucił się zwierzęciu na szyję. Pomysł na film wykiełkował już w latach osiemdziesiątych, lecz minęły przeszło dwie dekady, zanim doszło do realizacji. Tarr z napisanej wspólnie z László Krasznahorkaiem historii stworzył swoje opus magnum, wieńczące jego wieloletnią karierę reżyserską.

"Koń turyński" nie ma tradycyjnego scenariusza, nakręcono go według luźnych notatek, to film nastroju, film obrazu, a nie słowa. Składa się na niego ledwie trzydzieści długich ujęć w czerni i bieli autorstwa Freda Kelemena, który współpracował z Tarrem już wcześniej przy kilku projektach. Sfotografowany przez niego świat ogranicza się jedynie do murowanej chaty i studni, do której codziennie odbywają pielgrzymkę mieszkający na odludziu dorożkarz i jego córka. Ich rutynowe zajęcia wyznaczają rytm każdego monotonnego dnia – ciężar zwyczajnej egzystencji przygniata oboje do samej ziemi. Złowieszczy nastrój filmu, podkreślany wspaniałą muzyką autorstwa Mihály’ego Víga, nawiązujący do poetyki kina niemego, przywodzi na myśl chwilę przed kataklizmem; dom z kamienia to miejsce gdzieś na krańcu świata, wręcz poza światem, tworzy odrębny mikrokosmos.

Dorożkarz zamienia z córką przez te parę dni, w ciągu których dzieje się akcja filmu, jedynie kilka zdań; pogrążeni są w nieustannym oczekiwaniu na nieuchronny koniec wszystkiego, a jednak pchani niewidzialną siłą poruszają codziennie trybiki rzeczywistości. Poprzez przybysza odwiedzającego samotne domostwo Tarr zdaje się mówić, że ów marazm to nie wyłączna wina Boga czy jakiejkolwiek wyższej siły, ale i samego człowieka, który pracuje na swoją własną apokalipsę.

Węgierski reżyser zrealizował dzieło pełne i kompletne, hipnotyzujące, do tego wielce zastanawiające – seansowi "Konia turyńskiego" towarzyszy refleksja, iż właśnie byliśmy świadkami niewytłumaczalnego, tajemniczego spektaklu, który usiłuje zamknąć w sobie ogół przemyśleń na temat kresu istnienia. Zresztą seans przynosi pewną paradoksalną, niewygodną ulgę, bowiem okazuje się, że świat może się skończyć w ciszy, bez błyskawicy i grzmotu. Zgasnąć tak, jak gaśnie naftowa lampa.

KOŃ TURYŃSKI | Węgry, Francja, Niemcy, Szwajcaria, USA 2011 | reżyseria: Bela Tarr | dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty | czas: 146 min

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Tematy: recezja
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj