Zespół Talking Heads wiele zawdzięczał charakterystycznemu brzmieniu. David Byrne okazał się też prawdziwym scenicznym geniuszem. Jak mało kto na scenie potrafił wykreować samoistną rzeczywistość. Jej fundamenty tworzyły teksty piosenek i ekscentryczne kompozycje, duszą zaś wypełniał ją manieryczny śpiew lidera.

Aby nie rozpraszać widowni, koncert "Stop Making Sense" obwarowano wieloma restrykcjami. Zakazano wnoszenia wody na scenę, zmatowiono mikrofony i statywy, zamaskowano logo instrumentów. Całkowicie innowacyjnym rozwiązaniem okazała się rezygnacja z punktowego oświetlenia (domagał się tego Byrne) i postawiono na kolorowe, zmieniające się tło z tylnymi projekcjami. Zamiast dynamicznego montażu w "Stop Making Sense" postawiono również na długie ujęcia z różnych kątów, wykluczono ujęcia detali, takich jak dłonie na klawiszach, gitarowe solówki i portrety śpiewającego Byrne’a. Zachowano oryginalne rozwiązanie polegające na budowaniu napięcia koncertu przez dostawianie sprzętu i dołączanie kolejnych sekcji muzycznych do śpiewającego samotnie Byrne’a.

To ambitne przedsięwzięcie wymagało wielkich nakładów (realizacja kosztowała ponad milion dolarów) i profesjonalizmu. Potrzeba też było reżysera rozumiejącego Talking Heads. Okazał się nim Jonathan Demme (późniejszy oscarowy twórca "Milczenia owiec"), który w pełni zaakceptował oczekiwania Byrne’a, od siebie dodając jedynie elegancję i prostotę realizacji. Dzięki ich porozumieniu "Stop Making Sense" pokazuje, że do stworzenia niezwykłego widowiska nie potrzeba fajerwerków, eksplozji i oszalałych świateł. Wystarczy osobowość wokalisty.

STOP MAKING SENSE | USA 1984 | reżyseria: Jonathan Demme | dystrybucja: Best Film