Colin Firth i Geoffrey Rush, grając być może role życia, pokazują, że nie potrzeba gigantycznego budżetu i efekciarstwa, aby poruszyć widza. Wystarczy dobra historia, mistrzowskie dialogi, wybitne aktorstwo, nieskazitelna reżyseria i kameralna perspektywa pozwalająca nawiązać kontakt z widzem. "Jak zostać królem" to pochwała staroświeckiego kina. Ręce same składają się do klaskania, jak w teatrze.

Bo też film Toma Hoopera, młodego Brytyjczyka znanego dotąd przede wszystkim z tworzenia znakomitych miniseriali telewizyjnych (m.in. "Daniel Deronda" i "Elżbieta I" z Helen Mirren w roli głównej), jest spektaklem co się zowie teatralnym, rozgrywającym się na polu słów, nie akcji. Jednak zanim przez myśl przemkną słowa, takie jak "statyczny" i "przegadany", maestria, z jaką przedstawiono tę historię, porwie cię w emocjonalną podróż w przeszłość.

Mało znany fakt z życia króla Jerzego VI – przynajmniej ja przyznaję się do ignorancji w tej sprawie, w szkole uczono mnie bowiem o jego wybitnych wojennych przemówieniach, nie wspominając ni słowem o jąkaniu – stał się kanwą opowieści o przezwyciężaniu własnych słabości, dojrzewaniu do wielkich czynów i przyjaźni aż po grób. I nawet jeśli momentami intencja bawienia publiczności i jednania jej sympatii dla bohaterów jest zbyt widoczna, nie umniejsza to perfekcji całości.


Księcia Alberta (Colin Firth), drugiego w kolejce do tronu, poznajemy w chwili, gdy na życzenie ojca króla Jerzego V ma wygłosić swoje pierwsze radiowe przemówienie z okazji otwarcia wystawy Imperium Brytyjskiego w 1924 r. Niestety książę jąka się i zacina, a całe przedsięwzięcie przemienia się w publiczne upokorzenie. Żona księcia Elżbieta (Helena Bonham-Carter) szuka terapeuty zdolnego uleczyć księcia z jego niedomagań, wierząc, że tylko niedoskonałość mowy czyni zeń gorszego kandydata na króla niż jego brata Edwarda (Guy Pearce). Zdanie to zdaje się podzielać i sam Jerzy V (Michael Gambon) przerażony perspektywą lekkoducha i playboya na tronie. Ale monarcha ma świadomość, że nowe czasy i nowe media wymagają od władcy więcej niż tego, żeby dobrze wyglądał w mundurze i nie spadał z konia.

Po wielu próbach leczenia pod okiem utytułowanych doktorów Albert trafia pod skrzydła ekscentrycznego Australijczyka i niespełnionego aktora szekspirowskiego Lionela Logue’a (Geoffrey Rush). Ten bezpośredni człowiek łamie wszelkie zasady dworskiej etykiety, nazywając księcia po prostu Bertiem i proponując metody polegające na śpiewaniu zdań na znane melodie, tudzież wywrzaskiwaniu potoków obelg – co zaskakujące bez zająknienia.

Dziwna, acz skuteczna terapia okazuje się szczególnie ważna, gdy u progu wojny z nazistowskimi Niemcami Edward zostaje zmuszony do abdykacji w związku ze swoim romansem z amerykańską rozwódką panią Simpson (Eve Best), która wśród licznych dyskwalifikujących ją jako przyszłą żonę króla wad ma i tę, że popiera Hitlera. Albert staje więc wobec konieczności przyjęcia korony i poprowadzenia kraju do wojny jako król Jerzy VI.


Wygłaszanie krzepiących przemówień, transmitowanych drogą radiową do całego Imperium, stanie się jego znakiem rozpoznawczym, jednak jak dowiadujemy się z filmu Hoopera, nie dokonałby tego bez pomocnej dłoni Lionela. Scena, w której Logue dyryguje królem podczas jego pierwszego wojennego wystąpienia w takt muzyki Edwarda Griega, to jeden z najmocniejszych momentów obrazu opowiadającego o niełatwej przyjaźni między plebejuszem a przedstawicielem błękitnej krwi. Między człowiekiem wolnym a uwięzionym w pułapce konwenansu, etykiety i powinności.

Rush i Firth grają tak, że zasłużyli na wszystkie nagrody świata – Oscar dla Firtha wydaje się tu poza wszelką dyskusją – ale i reszta obsady, jak choćby genialny Timothy Spall w roli Churchilla, nie odstaje od nich poziomem. W ustach utalentowanych odtwórców dialogi nabierają życia, zaś prosta historyjka staje się poruszającym głębokie emocje dramatem. Szekspir by się nie powstydził.

JAK ZOSTAĆ KRÓLEM | Australia, Wielka Brytania 2010 | reżyseria: Tom Hooper | dystrybucja: Kino Świat | czas: 111 min