Poważny, z dystansem

Dla aktora nie było to pewnie zaskoczeniem, bo często jest porównywany do Granta. Obaj aktorzy kojarzą się z rolami typowego Anglika. Do porównań zachęca na pewno także fakt, że są rówieśnikami – obaj urodzili się we wrześniu 1960 roku, Grant o dzień wcześniej od Firtha. Ale postrzeganie go wyłącznie jako rywala Granta jest dla Firtha krzywdzące. Grant niemal od początku swojej kariery postawił na komediowy repertuar. Tymczasem Firth ceni sobie różnorodność, a komedie wcale nie są jego głównym celem. "Zawsze lepiej czułem się w poważniejszym repertuarze" – mówi. Ma jednak do siebie dystans i lubi sam z siebie żartować.

Jako dziecko Colin często zmieniał miejsce zamieszkania. Urodził się na angielskiej prowincji, ale pierwsze lata życia spędził w Nigerii, przez rok mieszkał w Stanach. Potem jego rodzina wróciła do Wielkiej Brytanii. W szkole Colinowi szło kiepsko, wybrał więc karierę aktorską. Dziś mówi, że tę decyzję podjął tylko dlatego, że nie chciał dorosnąć.

Jak nie zostać Olivierem

Zaczynał od parzenia herbaty dla Laurence’a Oliviera i innych wielkich aktorów angielskiej sceny w londyńskim National Theatre. Potem uczył się aktorstwa w Drama Centre i był jednym z najzdolniejszych słuchaczy tej szkoły. Jego występ w roli Hamleta stał się szkolną legendą. Zapewnił też Firthowi znakomity debiut na profesjonalnej scenie. W londyńskiej inscenizacji "Another Country" dostał główną rolę studenta, którego homoseksualizm skazuje na ostracyzm. Został też zaproszony do udziału w ekranizacji spektaklu, którą w 1984 roku wyreżyserował Marek Kanievska. Zagrał w niej jednak inną rolę – idealisty i komunisty. I znowu odniósł sukces. Wysoko oceniono także jego występ u boku Kennetha Branagha w dramacie "Miesiąc na wsi" (1987). Przepowiadano mu wspaniałą aktorską przyszłość. Widziano w nim następcę Oliviera. Jednak po obiecującym początku kariera Firtha załamała się.


Sporo w tym winy samego aktora. Firth dokonuje zaskakujących wyborów. Ma w swoim dorobku role wybitne. Legendarny malarz Johannes Vermeer w "Dziewczynie z perłą", jeden z pomysłodawców Holokaustu w"Ostatecznym rozwiązaniu", showman zaplątany w morderstwo w "Gdzie leży prawda". Jednak te ciekawe występy przeplatają się z rolami w filmach przeciętnych ("Miasteczko nadziei", "Tysiąc akrów"). Czy Firthowi nie zależy na karierze? A może raczej próbuje uciec od swojej najsłynniejszej roli – pana Darcy’ego z "Dumy i uprzedzenia"? Ta rola zapewniła mu sławę i popularność, ale stała się także przekleństwem.

Darcy zwielokrotniony

Choć od premiery serialu minęło już ponad 15 lat, dla widzów Firth wciąż pozostaje panem Darcym – bogatym snobem, który zmienia się na lepsze pod wpływem miłości. Wszystkie jego kolejne role porównywane są z występem w "Dumie i uprzedzeniu". To dlatego tak chętnie obsadzany jest w komediach romantycznych ("Związki rodzinne", "To właśnie miłość", "Przypadkowy mąż", "Wojna domowa"), w których gra właściwie tę samą rolę – pana Darcy’ego, tyle że w różnych odmianach. Nie daje mu to satysfakcji. Próbował nawet zakpić z tego swojego wizerunku, grając karykaturę Darcy’ego w obu częściach "Dziennika Bridget Jones". Ale próba się nie udała. Firth tylko jeszcze swój romantyczny image umocnił.

Piękny pięćdziesięcioletni

Sojusznikiem aktora może być jednak wiek. Firth w ubiegłym roku skończył 50 lat. Przybyło mu siwych włosów i zmarszczek, co bardzo go cieszy. "Kiedy miałem 25 lat, patrzyłem na starszych od siebie aktorów i myślałem: Nie mogę się doczekać, kiedy na mojej twarzy pojawią się zmarszczki. Nie mogłem się doczekać, kiedy nabierze ona wyrazu". Wciąż wygląda dobrze, ale ma twarz, w której odbija się przeszłość i związane z nią doświadczenie. Dostrzegli to także filmowcy. Firth zaczął dostawać ciekawsze role.


Rok temu zaskoczył wszystkich występem w "Samotnym mężczyźnie" Toma Forda. Zagrał geja, który pogrąża się w rozpaczy po śmierci kochanka. Zdobył pierwszą w karierze nominację do Oscara. Wtedy jednak nie wygrał.

Być może nagrodę przyniesie mu "Jak zostać królem". Tym razem aktorskie zadanie było jeszcze trudniejsze. Firth starannie przygotował się do roli. Żartował co prawda, że byłoby łatwiej, gdyby grał taksówkarza: "Mógłbym wtedy spędzić trochę czasu z prawdziwymi kierowcami. Z rodziną królewską jest inaczej. Nie mogłem zadzwonić do pałacu Buckingham i poprosić królową, żeby poświęciła mi kilka dni". Musiał oprzeć się na historycznych publikacjach i nagraniach archiwalnych. Najwięcej problemów miał z jąkaniem się. Bał się przesadzić. "Jeżeli będę jąkał się zbyt mocno, mogę być śmieszny. Jeżeli będę zbyt wolny, publiczność zacznie się nudzić", mówił. Udało mu się jednak znaleźć złoty środek. Jako jąkający się król wzrusza, budzi sympatię i współczucie. A jednocześnie ma w sobie godność, która sprawia, że ani przez chwilę nie wywołuje politowania czy śmiechu. Firth udowodnił, że jest wybitnym aktorem. I chyba wreszcie udało mu się uciec od pana Darcy’ego.