"To film znakomity, wierny faktom, a zarazem straszny, mogący wywołać lęk za sprawą realistycznego ukazania dramatycznych scen - ocenił wówczas w rozmowie z PAP prof. Jerzy Eisler, konsultant historyczny filmu. "To chyba pierwszy polski film, w którym twórcy od początku do końca zawierzyli historii. Nic nie poprawiali, nic nie dopisywali, nic nie dramatyzowali i nie włączali żadnych dodatkowych wątków. Każde zdanie, które pada z ekranu, ma swoje uzasadnienie w dokumentach bądź w relacjach" - dodał. Dziś podtrzymał tę opinię, nie kryjąc jednak rozczarowania, że "Czarny czwartek" nie stał się wzorem do naśladowania i niewielu twórców filmowych zajęło w ostatnim dziesięcioleciu historią Polski.

Reklama

"Film Krauzego w ogóle przychodzi późno, bardzo późno. O Janku Wiśniewskim, który padł, wesoło podśpiewywali esbecy w filmie Pasikowskiego kilkanaście lat temu. Wówczas widzowie bywali tą sceną rozbawieni, dlaczego więc dziś mieliby opłakiwać Drywę i robotników?" - pisał krytyk Rafał Marszałek (dwutygodnik.com).

"Wzruszyłam się podczas projekcji. Najbardziej przeżyłam te sceny, w których pokazano bicie ludzi i ciała zmarłych, leżące w kostnicy. Wiedzieliśmy o tym wszystkim, ale nadal jest to dla bliskich ofiar bardzo bolesne" - opowiadała PAP Izabela Godlewska - matka Zbyszka Godlewskiego, pierwowzoru bohatera "Ballady o Janku Wiśniewskim". "Dobrze, że powstał ten film. My z mężem czuliśmy, że jest to historia o naszym synu. Pokazano, jak ludzie nieśli go na drzwiach, jak znosili z kładki nad torami, gdzie zginął, a potem uciekali i zostawili jego ciało. To były dla nas wielkie przeżycia" - wspominała. "Obydwoje jesteśmy już starzy i schorowani. Może dzięki temu filmowi młodzież zobaczy na własne oczy jak naprawdę było. Myślę, że warto przypominać naszą historię sprzed 40 lat. I niech każdy sam to wszystko oceni" - dodała Izabela Godlewska (zmarła 3 czerwca 2019 r.).

W niedzielę 13 grudnia 1970 r. - półtora tygodnia przed świętami Bożego Narodzenia - władze partyjne i państwowe PRL ogłosiły podwyżkę cen żywności. W poniedziałek 14 grudnia pracownicy Stoczni Gdańskiej odmówili podjęcia pracy. We wtorek w Stoczni ogłoszono strajk powszechny, robotnicy wyszli na ulicę, doszło do podpalenia Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku, w Trójmieście ogłoszono godzinę milicyjną. W środę strajk rozszerzył się na kolejne zakłady produkcyjne Wybrzeża. Wieczorem wicepremier Stanisław Kociołek w wystąpieniu radiowo-telewizyjnym nawoływał do powrotu do pracy. W czwartek rano do pracowników Stoczni Gdyńskiej im. Komuny Paryskiej, idących do pracy na apel Kociołka, wojsko otworzyło ogień - byli zabici i ranni. Stoczniowcy uformowali pochód i niosąc na drzwiach zwłoki jednego z zastrzelonych, udali się w stronę budynku Prezydium Miejskiej Rady Narodowej przy ulicy Świętojańskiej, gdzie ponownie zostali ostrzelani. W trakcie zajść na Wybrzeżu zginęło - według oficjalnych danych - 45 osób, w tym 18 w Gdyni; liczba rannych przekroczyła 1,6 tys. osób. Milicja zatrzymała ponad 3 tys. osób, większość poddano represjom i torturom. Straty po stronie wojska i milicji ocenione zostały na kilku zabitych i kilkudziesięciu rannych, zniszczeniu uległo kilkanaście pojazdów, w tym czołgi. Podpalono 19 gmachów, kilkadziesiąt samochodów, zniszczono 220 sklepów. 22 grudnia ustąpił ze stanowiska I sekretarza KC PZPR Władysław Gomułka, na jego miejsce wybrano Edwarda Gierka. 15 lutego 1971 r. w wyniku strajku łódzkich włókniarek, przywrócono ceny sprzed 13 grudnia.

"Ten film to spełnienie mojego zobowiązania, by opowiedzieć o jednym z najważniejszych epizodów w powojennych dziejach Polski" - powiedział dziennikarzom 21 lutego 2011 r. reżyser Antoni Krauze. Przypomniał, że krwawe wydarzenia grudnia 1970 r. nigdy właściwie nie zostały opowiedziane.

"Ten film spowoduje pokutne poruszenie w narodzie. To film bardzo dotkliwy" - ocenił kreujący postać członka Biura Politycznego KC PZPR Zenona Kliszki Piotr Fronczewski, który na spotkaniu z dziennikarzami po raz pierwszy zobaczył film.

"Chciałbym przede wszystkim złożyć hołd tym, co zginęli, tym co oddali swoje życie, zdrowie oraz rodzinom, które przeżyły śmierć swoich najbliższych. Sprawiedliwość do końca się nie wypełniła, jeśli chodzi o zdarzenia Grudnia roku 70" - mówił premier Donald Tusk podczas uroczystej premiery filmu w Teatrze Polskim w Warszawie. Podkreślił, że ofiary Grudnia są jednak "prawdziwymi zwycięzcami". "Czuję w sercu, że być może ten ważniejszy wymiar takiej ludzkiej sprawiedliwości jest w tym, że nawet jeśli nie zostali skazani ci, którzy są winni, to czczeni są ci, którzy byli ofiarami" - wyjaśnił. Dodał, że wszyscy Polacy powinni czuć się ich dłużnikami "do końca naszych dni".

23 lutego 2011 r. film miał specjalny pokaz w Sejmie. "Jest świetny zarówno pod względem artystycznym, jak i historycznym. Jestem zaskoczony, że film fabularny tak dobrze pokazał wymiar historyczny" - powiedział wówczas PAP marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. "Byłem bardzo blisko tamtych wydarzeń, dla mnie to kawałek mojego życia. Wielu ludzi pokazanych w filmie znałem osobiście. Podczas tamtych zamieszek zginął także mój kolega. Moim zdaniem należy szukać winnych tamtej tragedii. Niestety nie ma żadnych niezbitych dowodów wskazujących sprawców" - dodał.

"Dzisiejsza projekcja pokazała dramat ludzi tamtych czasów. Nieludzko traktowano rodziny ofiar, żałoba była na rozkaz" - powiedział PAP ówczesny wicemarszałek Sejmu Jerzy Wenderlich (SLD), podkreślając, że historię wydarzeń grudnia 70. powinien znać każdy Polak. "Nie należy jednak pod wpływem tego filmu wpadać w histerię tworzenia podziałów (…). Historia nigdy nie jest jednoznaczna, można spoglądać na nią rozmaitą optyką, ale żal tamtej historii powinien zostać wspólny" - dodał.

"Co do młodych Polaków – nie wiadomo, czy +Czarny czwartek+ wyzwoli ich wrażliwość w perspektywie +długiego trwania+. To nie tylko sprawa mielizn edukacyjnych, ale gilotyny czasu" - napisał Rafał Marszałek. "Opowiadać w roku 2011 o wydarzeniach grudnia 1970, a więc po czterdziestu latach, to tak, jakby wracać do powstania styczniowego na progu rewolucji 1905 roku, albo dramatyzować polski wrzesień 1939 w dobie narodzin +Solidarności+. Cezura czasowa bezlitośnie oddala to, czym kiedyś żył cały naród, a co dziś postrzega się jak stertę sepiowych fotografii" - wyjaśnił.

W styczniu 1971 r. 30-letni Antoni Krauze - debiutujący reżyser filmów telewizyjnych - przyjechał do Trójmiasta na zaproszenie Klubu Studentów Wybrzeża "Żak". "Przywitała mnie osmalona fasada dworca, powybijane szyby w hotelu Metropol, spalony Komitet Wojewódzki PZPR. Wszędzie chodziły patrole milicyjne. Zostałem umieszczony w Grand Hotelu w Sopocie. Jak się meldowałem, miałem wrażenie, że jestem jedynym gościem" - napisał w eksplikacji reżyserskiej do "Czarnego czwartku". "Niedaleko mieszkało małżeństwo moich przyjaciół - państwa Piepków. Po zainstalowaniu się w hotelu pobiegłem natychmiast do nich i otrzymałem bardzo wyczerpującą relację o tym, co się działo w grudniu. Wspominając dzisiaj to spotkanie, pamiętam nie tylko ich łzy, gniew, gorycz, gdy opowiadali o tragedii Trójmiasta, ale mam również w pamięci coś, co wydaje mi się niesłychane: rozmawiali ze mną WOLNI ludzie - podkreślił. "W rozmowie uczestniczył także ich 18-letni syn Mirosław Piepka. 17 grudnia zwolniono młodzież ze szkół i on wybrał się do Gdyni. Widział na własne oczy, co się tam działo. Po blisko 40 latach, w lipcu 2009 zadzwonił do mnie, proponując współpracę przy tym filmie" - opisywał.

Mirosław Piepka i Michał Pruski, którzy napisali scenariusz filmu, jako nastoletni chłopcy byli świadkami krwawych wydarzeń w Gdańsku i Gdyni. "Czwartek 17 grudnia 1970 r. w Gdyni był na pewno najczarniejszym dniem w czasach PRL-u. Całe zło i okrucieństwo ówczesnej władzy, jej perfidia i nieliczenie się z obywatelami własnego kraju zogniskowały się w tym jednym dniu, kiedy niczego niespodziewających się ludzi zwabiono w pułapkę, by strzelać do nich jak do tarcz strzelniczych" - ocenił Pruski.

"Grudniowy dramat w Gdyni był zbrodnią ludobójstwa w całym złowrogim znaczeniu tego słowa" - podkreślił Piepka. "O ile w Gdańsku i Szczecinie wystąpienia robotników przybierały gwałtowny obrót, płonęły partyjne komitety, o tyle Gdynia była spokojna i wyważona. Władze miasta podpisały porozumienie z komitetem strajkowym, nie wypadła choćby jedna szyba z okna" - wyjaśnił. "Wprawdzie we wtorek i w środę 15 i 16 grudnia Gdynia była miastem, w którym napięcie sięgało zenitu, zwłaszcza po brutalnej pacyfikacji komitetu strajkowego i protestach w obronie aresztowanych, jednak wciąż na ulicach panował spokój. W tej atmosferze, po słynnym apelu Stanisława Kociołka o powrót do pracy, zwyczajni ludzie uwierzyli w słowa partyjnego dygnitarza i pojechali do swoich zakładów pracy. Zamordowano osiemnastu spośród nich, setki odniosły ciężkie rany. Nie było w powojennej historii Polski zbrodni równie cynicznej, w istocie egzekucji przeprowadzonej na zimno, bez cienia skrupułów" - ocenił.

"W monografii Grudnia'70 napisałem, że bestialstwo, którego ofiarą padli wówczas ludzie było porównywalne z działaniami gestapo i NKWD. Miały miejsce zachowania sadystyczne, okrutne. To wszystko w filmie pokazano. On ma ogromną +siłę nośną+, pokazuje historię taką, jaką była" - powiedział prof. Eisler. Podkreślił, że scena katowania jednego z bohaterów, Wiesława Kasprzyckiego, jest porównywalna ze sceną torturowania Rudego w "Akcji pod Arsenałem" Jana Łomnickiego i scenami z filmu "Przesłuchanie" Ryszarda Bugajskiego.

Wiesław Kasprzycki w grudniu 1970 r. miał 17 lat. Schwytany na ulicy, został zaciągnięty do prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Gdyni i skatowany. Z rąk znęcającego się nad nim ZOMO został wyrwany przez znajomych lekarzy - jego matka była pielęgniarką - właściwie już umierający. Po tygodniach leczenia stwierdzono u niego utratę 85 proc. zdrowia. "Przed rozpoczęciem zdjęć, jesienią 2009 roku, próbowałem namówić go na relację przed kamerą, nie był w stanie rozmawiać. Dostał załamania nerwowego. To jest tak żywe dla tych ludzi" - wspominał Krauze.

Reklama

"…Chodziły słuchy, że będzie to utwór propagandowy. Obawiali się tego niektórzy orędownicy społecznej pamięci; na podobną ewentualność radośnie się szykowali przeciwnicy +rocznic, jubileuszy, mszy i capstrzyków+. Jedni i drudzy najwidoczniej nie znają Antoniego Krauzego" - pisał Marszałek. "Niezdolny do kompromisów, przeszedł suchą nogą przez rozpadliny i błotka Peerelu. Nie zrobiło go to sławnym, ale uczyniło wolnym. Może dlatego +Czarny czwartek+ jest filmem zrodzonym z wewnętrznej potrzeby. Cały ciężar społecznego tematu wyraża się tu solidarnością z ludźmi Grudnia – tymi znanymi z nazwisk i tymi, po których ślad się zatarł; tymi, którzy potrafili opowiedzieć o swoich losach i tymi, których po dziś dzień obezwładnia i knebluje trauma" - wyjaśnił krytyk.

Dramat opowiedziany został m.in. poprzez historię jednej z rodzin ofiar, gdyńskiego stoczniowca 34-letniego Brunona Drywy, który 17 grudnia zginął od strzału w plecy na przystanku Szybkiej Kolei Miejskiej Gdynia-Stocznia. Pozostawił żonę i trójkę dzieci.

W głównych rolach wystąpili m.in. Michał Kowalski i debiutująca na ekranie Marta Honzatko. Oboje, w związku z pracą nad filmem, spotkali się z rodziną Drywów. Wojciech Pszoniak wystąpił jako I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka. Jako Zbyszek Godlewski - Michał Ziętek, późniejszy odtwórca postaci Jana Bytnara "Rudego" w "Kamieniach na szaniec" Roberta Glińskiego (2014).

Za zdjęcia odpowiadał Jacek Petrycki. Większość z nich realizowano w plenerze, w miejscach autentycznych wydarzeń, m.in. okolicach stacji SKM Gdynia-Stocznia, dworca PKP Gdynia Główna, Kościoła NMP-Kolegiaty Gdyńskiej, Urzędu Miasta Gdyni, Cmentarza Komunalny na Witominie, Szpitala Morskiego, gmachu Dowództwa Marynarki Wojennej, a także wnętrzach byłej siedziby KC PZPR w Warszawie. Montaż - Rafał Listopad.

Muzykę skomponował Michał Lorenc. "Balladę o Janku Wiśniewskim" zaśpiewał Kazik Staszewski. W filmie wykorzystano archiwalne nagrania filmowe i dźwiękowe. Produkcja została dofinansowana przez PISF i IPN. Honorowy patronat nad filmem objął prezydent Bronisław Komorowski.

"Czarny czwartek" do końca 2011 roku obejrzało 674 tys. 373 widzów - był rozpowszechniany w 135 kopiach.

"Film Antoniego Krauzego to z pietyzmem zrealizowany dokument, który przez znaczną część seansu - podczas scen ulicznych pacyfikacji i szpitalnych interwencji - ogląda się z zapartym tchem niczym dynamiczny film akcji. Ale też jak wzruszającą swą prostą i szczerością liryczno-tragiczną historię rodzinną. A chwilami znów jak polityczny thriller, gdy do głosu dochodzą partyjni aparatczycy najwyższego szczebla. Mimo tak dużego zróżnicowania elementów składowych całość zdaje się być spójna i zharmonizowana" - recenzował na łamach "Kina" (2010) Tadeusz Szyma. "Zasadniczą jej częścią jest zrekonstruowana z wyjątkową troską o autentyzm dusznego peerelowskiego klimatu sprzed czterdziestu lat i realizm każdego - scenograficznego, kostiumowego, rekwizytowego czy obyczajowego szczegółu, opowieść o przerwanym nagle i jakby trochę przypadkowo młodym życiu Brunona Drywy" - podkreślił.

"Pada Brunon Drywa i jeszcze 17 innych osób. To są mocne sceny, dobrze sfotografowane, odtworzone z dbałością o każdy szczegół. Kiedy ginie mężczyzna, tak to już bywało w polskiej historii, na pierwszy plan wysuwa się kobieta. Owdowiała żona, po licznych przejściach – o których rodziny zabitych jeszcze przez wiele lat musiały milczeć – zostanie nocą wezwana na cmentarz, gdzie będzie obecna przy tajnym pochówku męża. To najbardziej poruszająca sekwencja filmu" - napisał Zdzisław Pietrasik ("Polityka"). "Świetne są zdjęcia Jacka Petryckiego, jakby przyczernione, szare, podkreślają mroczny klimat filmu, ale zarazem mają logiczne wytłumaczenie – akcja toczy się w dniach najkrótszych w roku, kiedy jest najmniej światła. Dobrze się stało, że do głównych ról reżyser nie zaangażował znanych i opatrzonych aktorów – Michał Kowalski i Marta Honzatko zagrali bardzo przekonująco. Gorzej z postaciami historycznymi, odtwarzanymi przez renomowanych aktorów. Przykładowo Wojciech Pszoniak bardzo się stara, by pokazać lekko schizofreniczną osobowość Władysława Gomułki, dla którego były to ostatnie dni jego rządów, nic jednak na to nie poradzę, że widzę na ekranie Pszoniaka, nie Gomułkę" - dodał. "W sumie przyzwoita, staranna robota, ale trudno nie zauważyć, że w lokalnym wymiarze, dla nas samych, bez szans na dotarcie do zagranicznej publiczności. Szkoda, że o wielkich sprawach Polaków nie potrafimy robić wielkich filmów" - podsumował Pietrasik.

"Obraz Krauzego równie dobrze można potraktować jako dobrą lekcję historii jak i pełnokrwisty dramat o zwyczajnych ludziach zniszczonych przez głupią i brutalną władzę. Uniwersalny wydźwięk +Czarnego czwartku+ sprawia, że powinny go zrozumieć i +poczuć+ nie tylko niezłomne polskie patriotki w moherowych wdziankach" - ocenił Łukasz Muszyński (Filmweb).

"Najbardziej drapieżne są sceny zemsty – gdy gmach MRN w Gdyni bezpieka zamieniła w katownię, do której zwożono zatrzymanych. Patrzymy na szpalery zomowców bijących pałkami bezbronnych ludzi, wyrzynanie im tępymi bagnetami płatów skóry z głów czy sadystyczne +zabawy+ w pokojach przesłuchań. Szkoda, że scenarzyści nie pokazali, skąd mogła się wziąć ta furia bezpieki. Zapewne było to odreagowanie lęku sprzed dwu dni, gdy demonstranci spalili gmach KW w Gdańsku. Tamten moment śmiertelnego przerażenia pomszczono w Gdyni" - napisał Piotr Semka w "Rzeczpospolitej". Zastrzegł na wstępie, że jako pochodzącemu z Trójmiasta trudno mu opisywać film bez emocji.

"Jeśli już relacjonuje się postępowanie władzy, to powinno się też pokazać, dlaczego Stanisław Kociołek (nie ma go w filmie) wzywał robotników do powrotu do pracy, by nazajutrz wystawić ich na karabiny wojska. A co z Wojciechem Jaruzelskim, ówczesnym ministrem obrony? Owszem, nie było go w prezydium politbiura, ale to on mógł zdecydować, gdzie i w jakiej skali wojsko ma użyć broni. A co z wojskowym sztabem w Trójmieście? Generałem Grzegorzem Korczyńskim? W filmie też go nie ma" - wyliczył. "Niemniej film wart jest obejrzenia. A już na pewno powinno go obejrzeć pokolenie urodzone po 1989 roku, któremu warto pokazać brutalność i bezwzględność komunistycznej władzy. Dzieło Antoniego Krauzego powinni też zobaczyć ci, którzy głoszą, że marzec 1968 był najstraszniejszym wydarzeniem w historii PRL. Bywały rzeczy równie straszne, a może i straszniejsze. Takie jak gdyński +czarny czwartek+" - podsumował Semka.

"Głównym nurtem płyną teraz inne prądy, skądinąd nie zawsze ożywcze. Sławna niegdyś ballada nakłada się pro memoria na końcowe napisy. Jej pogłos towarzyszy ludziom wychodzącym z kina. Utrzyma się tak długo, póki jej obojętność nie zawieje, amnezja nie zasypie" - napisał Rafał Marszałek.