Hrebejk wziął osobiście udział w polskiej premierze swojego najnowszego filmu "Święta czwórca". Wyświetlono go w niedzielę, ostatniego dnia 28. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

Reklama

PAP: Zasłynął pan jako twórca filmów tragikomicznych, osadzonych na tle burzliwych wydarzeń XX w. Akcja "Musimy sobie pomagać" rozgrywa się w okresie niemieckiej okupacji i zagłady żydowskiej, "Pod jednym dachem" - praskiej wiosny, "Pupendo" - wczesnych lat 80. Od kilku lat kręci pan filmy o współczesności, dlaczego?

Jan Hrebejk: Po pierwsze, te filmy są zwyczajnie tańsze. Po drugie, po wielkim sukcesie naszych pierwszych czterech filmów (Hrebejk stale współpracuje ze scenarzystą Peterem Jarchovskym i producentem Ondriejem Trojanem - PAP) pojawiły się komentarze, że nasze produkcje wyślizgują się rzeczywistości.

Spróbowaliśmy więc czegoś nowego. Pierwszy film o współczesności to było "Na złamanie karku", które miało tu w Warszawie swoją premierę. Te filmy nie odnoszą już tak wielkich sukcesów. Obrazy z przeszłości przywołują wspomnienia, jest w nich jakaś nostalgia, dla której ludzie przychodzą do kin.

Filmy osadzone w teraźniejszości nie są tak popularne, bo mówią o aktualnych problemach ludzi, a wielu nie tego w kinie szuka. Uważam jednak, że trzeba takie filmy robić. Być może dlatego też nasze nowe filmy są odbierane jako kontrowersyjne. A my przecież opowiadamy te współczesne historie w ten sam sposób, w jaki robiliśmy to wcześniej, w filmach historycznych.

Reklama

PAP: Życie codzienne w pana filmach poświęconych przeszłości nie było lekkie. Z kolei bohaterowie najnowszego filmu "Święta czwórca" znajdują się w "raju". Czy współczesność jest pana zdaniem błoga?

Reklama

J.H.: To jest wyjątek. Ci dwaj elektrycy wyjeżdżają wraz z żonami na Karaiby. W takich miejscach nie przeżywa się raczej trudnych chwil. To, jak ci ludzie żyją na co dzień, to nie jest żaden "raj".

PAP: Kiedyś powiedział pan, że kręcenie filmów w języku czeskim to "monkey business", bo niewielu odbiorców może je obejrzeć. Pana produkcje zostały docenione na świecie. Dlaczego więc nie pójść śladami Milosa Formana i nie przenieść się do Stanów Zjednoczonych?

J.H.: Kręcąc w Czechach mam swobodę. Filmy amerykańskie są dystrybuowane na cały świat. Ten ogromny przemysł filmowy rządzi się swoimi prawami, twórcy nie są niezależni, produkują zgodnie z pewną konwencją. Hollywood to fabryka.

Forman tworzył w latach 70., kiedy istniała jeszcze w Stanach Zjednoczonych swoboda twórców. Dlatego też jego filmy osiągnęły taki sukces i są tak dobre. Teraz już tak nie jest. Aby tworzyć w Stanach Zjednoczonych musiałbym zupełnie zmienić sposób kręcenia.

PAP: Dobre kino to jedynie kino artystyczne, niezależne? Co z mainstreamem?

J.H.: Film po prostu może odnieść sukces albo nie. Nie ma znaczenia, czy jest zrobiony zgodnie z tym głównym nurtem, czy nie. Film mainstreamowy może okazać się porażką, granica pomiędzy sukcesem a porażką jest przecież niewielka. Hollywood to wyjątek, bo tam ludzie tracą w ogóle możliwość tworzenia czegokolwiek.

PAP: Czy w kolejnych produkcjach powróci pan do przeszłości?

J.H.: Mam już gotowe dwa scenariusze. Na 13 moich filmów 11 zrobiłem z tym samym scenarzystą, będziemy dalej razem pracować. Planujemy dokończyć trylogię. Na razie zrobiliśmy dwie części: "Czeski błąd" i "Niewinność".

Kolejny film będzie nawiązywać do "Braci Karamazow" Dostojewskiego. Zaczęliśmy już nad nim pracować. Może się wydawać, że robimy drugich "Karamazowów" Petera Zelenki (czeski reżyser - PAP), ale podobny będzie tylko jeden element - akcja również rozgrywać się będzie w plenerze.

Rozmawiała Magdalena Cedro (PAP)

mce/ gma/