Redaktorzy najpopularniejszego brytyjskiego pisma filmowego przyznają, że Tyler Durden nie jest najmilszym facetem. Reguły współżycia społecznego ma w głębokiej pogardzie, zdarza mu się sikać do zupy, produkować mydło z ludzkiego tłuszczu i podkładać bomby. Wygłasza złote myśli w rodzaju "dopiero gdy stracimy wszystko, stajemy się zdolni do wszystkiego". Jest jednak urodzonym przywódcą, a w dodatku gra go Brad Pitt, hollywoodzki symbol seksu.
Miły nie jest również Darth Vader, który w rankingu "Empire" zajął drugie miejsce. Autorzy zestawienia postawili jednak na dojrzałe, ukryte za maską, wcielenie wojownika ciemnej strony mocy, lekceważąc jego młodzieńczą wersję z twarzą Haydena Christensena. Na pudle zmieścił się jeszcze najsłynniejszy przeciwnik Batmana - Joker, w błazeńskiej interpretacji Jacka Nicholsona. Dziwnym trafem ma on, podobnie jak Durden, skłonności anarchistyczno-piromańskie.
Służący dobrej sprawie Han Solo z "Gwiezdnych wojen" uplasował się dopiero na czwartej pozycji, a pierwsza kobieta w rankingu - Ellen Ripley, ledwie zmieściła się w pierwszej dziesiątce. Narodowy bohater Brytyjczyków James Bond (oczywiście w wersji Seana Connery'ego) jest dopiero jedenasty. Setkę zamyka niezrównoważony Mel Gibson, czyli policjant Martin Riggs z cyklu "Zabójcza broń".
A oto pierwsza dziesiątka największych filmowych bohaterów według "Empire":