210 minut, bo tyle w sumie trwa "Elżbieta I", mija jak z bicza strzelił. Inaczej niż w wielu produkcjach kostiumowych, wystawna scenografia i pawie stroje aktorów nie spychają na bok fabuły. Tak pysznej galerii ludzkich typów i charakterów mógłby pozazdrościć filmowcom każdy powieściopisarz. Cóż, stworzyło ją życie.

Reklama

Film Toma Hoopera, nakręcony na zlecenie stacji HBO, składa się z dwóch części. Pierwsza jest bardziej szekspirowska. Pokazuje królową w najważniejszym momencie jej życia, kiedy mamiąc Francuzów i pokonując Hiszpanów winduje swoją ojczyznę do rangi mocarstwa. Cieniem Elżbiety jest hrabia Leicester (zaskakująco żywiołowy Jeremy Irons), który stracił już nadzieję na zostanie kimś więcej niż tylko jej przyjacielem od serca.

Druga część pokazuje schyłek długiego panowania Elżbiety i ma w sobie więcej z melodramatu. Na dworze pojawia się młody i chorobliwie ambitny hrabia Essex (Hugh Dancy, który ma wszelkie dane, by zostać dyżurnym pięknisiem brytyjskiego kina). Królowa traci dla niego głowę, ale nie ma najmniejszego zamiaru stracić władzy…

Można się spierać, czy scenarzyści nie przesadzili trochę z apoteozą młodszej córki Henryka VIII. Elżbieta jest w tym filmie nie tylko wcieleniem politycznej skuteczności. Uczyniono z niej także orędowniczkę tolerancji (która w tamtej epoce istniała tylko w marzeniach pięknoduchów) oraz osobę paradującą z sercem na dłoni. Sposób, w jaki królowa pozbyła się swej kuzynki i konkurentki - Marii Stuart wskazuje jednak, że hipokryzja i wyrachowanie nie były całkiem obce jej naturze.

Helen Mirren pozornie znajdowała się na straconej pozycji. Cóż jeszcze można wydobyć z postaci tak znanej i ogranej? Po plecach królowej - dziewicy do sławy wspięła się już niejedna aktorka, od Bette Davis po Cate Blanchett. Judy Dench wystarczyło na kilka minut wdziać suknię Elżbiety w „Zakochanym Szekspirze”, by dostać Oscara, na którego zasłużyła za role w innych filmach.

Dopiero porównując kreacje Mirren w „Królowej” i w, o rok wcześniejszym, filmie Hoopera można docenić jej geniusz. Obu monarchiń, poza imieniem, nie łączy bowiem nic. Elżbieta II z filmu Frearsa jest uosobieniem dyskrecji i arystokratycznego dystansu. Elżbieta I z mini-serialu HBO to ekstrawertyczka i wulkan energii. Chętnie spoufala się z poddanymi, publicznie płacze, kocha i nienawidzi. Ma też obsesję na punkcie swego wyglądu, czego o obecnie miłościwie panującej Brytyjczykom nie da się żadną miarą powiedzieć.

Jako że XVI-wieczny Londyn spłonął ze szczętem jeszcze w czasach Stuartów, rolę angielskiej stolicy zagrało…Wilno. Dodatki do wersji DVD przekonują, że bez stosowania efektów komputerowych nie da się dziś nakręcić nawet filmu telewizyjnego. Sceny usunięte podczas montażu rzucają zaś dodatkowe światło na katolicki spisek przeciw Elżbiecie, który w gruncie rzeczy był prowokacją rządowych służb specjalnych. Ustroje się zmieniają, służby nie tak bardzo.

ELŻBIETA I, produkcja: USA/Wielka Brytania 2005, reżyseria: Tom Hooper, obsada: Helen Mirren, Jeremy Irons, Hugh Dancy, Patrick Malahide, Ian McDiarmid, dystrybucja: Rocker Publishing