Szósta już ekranizacja słynnej i skandalizującej w swoim czasie powieści Davida H. Lawrence’a z 1928 roku "Kochanek Lady Chatterley" to dość ryzykowny pomysł…

Pascale Ferran: Zaskoczę panią, ale nie widziałam żadnej z poprzednich ekranizacji, więc nie ciążyła nade mną jakaś szczególna presja. Już 15 lat temu, zanim dzięki esejowi francuskiego filozofa Gillesa Deleuze odkryłam powieść Lawrence’a - napisałam scenariusz o spotkaniu kobiety i mężczyzny, ich fizycznej miłości, zakochaniu się, seksualności. Niestety pomysł upadł, bo uświadomiłam sobie, że trudno będzie wówczas znaleźć na to fundusze, a scenariusz za bardzo odsłania moje własne, prywatne doświadczenia. Napisałam go także trochę z przekory wobec współczesnego kina, które pokazuje sceny intymne na ekranie w taki sposób, że ja jako widz kompletnie się z nimi nie identyfikuję.

Co ma pani na myśli?

W dzisiejszym kinie odnajduję dwa podstawowe modele portretowania seksualności. Jeden, który nazwałabym "staromodnym" polega na tym, ze pokazuje się akt miłosny w sposób nierealistyczny, bajkowy. Świece, nastrojowa muzyka, on i ona przyzwoicie nakryci prześcieradłami, a jak już następuje zbliżenie obiektywu kamery, to jedynie na twarze wydających jęki rozkoszy bohaterów. Tak to wygląda we wszystkich prawie komediach romantycznych. I drugi model. Przeciwstawny. Animalistyczny. Kiedy kamera w naturalistyczny sposób pokazuje stosunek, niemal ze wszystkimi detalami, jako czynność mechaniczną. Zarówno jeden, jak i drugi sposób pokazywania intymności ludzi na ekranie oddziela wyraźnie ciało i jego funkcje od emocji, myśli, uczuć bohaterów. Inspiracje znalazłam dopiero z dala od kina europejskiego czy amerykańskiego. Zafascynowała mnie wizja namiętności, którą zaoferował Nagisa Oshima w "Imperium zmysłów", a wiele lat później buddyjskie podejście do seksualności, jakie zaprezentował tajski reżyser Apichatpong Weerasethakul w filmie "Blissfully Yours".

Powróćmy jednak do książki Lawrence’a. Co takiego sprawiło, że odnalazła w niej pani temat na swój film?

Nie znam w całej literaturze angielskiej powieści, która z tak wielką uczciwością, brakiem pruderii i dbałością o detale opisywałaby proces transformacji, jaki zachodzi w zakochanych ludziach pod wpływem fizycznej miłości. To najpiękniejsze love story, jakie znam i jeden z najwspanialszych portretów kobiecych w literaturze XX wieku. Chciałabym jednak od razu sprostować, że scenariusz do mojego filmu "Lady Chatterley" powstał na podstawie drugiej, mniej znanej wersji powieści Lawrence’a, który napisał aż trzech "Kochanków lady Chatterley". Autor sam zatytułował ją "Czułość" i w odróżnieniu od wersji ostatecznej - trzeciej, zmienił w niej koncepcję głównego bohatera, gajowego kochanka Konstancji. Nazywa się on nie Mellors, ale Parkin i jest człowiekiem bardziej bezbronnym, zmysłowym, samotnym, małomównym, zamkniętym w sobie. Dopiero spotkanie z Konstancją i jej miłość wyrywają Parkina z jego izolacji od świata, odblokowują emocje, ogromne pokłady wrażliwości, czego najbardziej spektakularnym wyrazem jest scena, w której ten posępny i milczący mężczyzna zaczyna nazywać swoje myśli i uczucia.

Z punktu widzenia dzisiejszego czytelnika powieść Lawrence’a, która postrzegana była jako policzek wymierzony purytańskiej obyczajowości angielskiej lat 20. ubiegłego wieku i ówczesnym podziałom klasowym, może uchodzić za ramotkę. Co pozostało w niej aktualne?

Aż do 1960 roku ta historia wyzwolenia seksualnego kobiety z wyższych sfer, niezaspokojonej w małżeństwie, która przeżywa namiętny romans z gajowym była niewydawana w Anglii ze względu na swoją obsceniczność. Natomiast dla kolejnych pokoleń była to manifestacja wolnej miłości i życia zgodnego z naturą. Dziś, gdy mamy już dawno za sobą czasy rewolucji seksualnej, mój film to studium psychologiczne kobiety, która poszukuje samej siebie. Konstancja, podobnie jak Parkin, przeszła ogromną transformację. Dzięki miłości udało jej się wyrwać z gorsetu ograniczeń i konwenansów obyczajowo-społecznych własnej epoki. Kiedy przypadkiem pojawia się w chatce gajowego, jest jeszcze kobietą o XIX-wiecznej mentalności, ale kiedy w jednej z finałowych scen tańczy nago w deszczu, to jest to już świadoma siebie, wyzwolona seksualnie kobieta z początków wieku XXI. To wcale nie jest tak, że wszyscy jesteśmy dzisiaj ludźmi wyzbytymi pruderii i kompleksów na punkcie seksu. To, co ponadczasowe u Lawrence’a, to jego pogląd, że seks to zabawa, radosne spotkanie dwojga dorosłych ludzi w łóżku, to wreszcie brak poczucia winy i skrępowania, traktowanie tej sfery życia jako pięknego i bardzo naturalnego, głęboko ludzkiego doświadczenia. To jest jedyna sfera życia, w której możemy być wolni i na jaką mamy wpływ. Tymczasem mam wrażenie, ze choć żyjemy w XXI wieku, często zachowujemy się jak neopurytanie.

Jak znalazła pani fenomenalnych aktorów do tego trudnego w realizacji filmu?

Bardzo ważne było dla mnie to, aby w postaciach obojga aktorów, ich prezencji i fizyczności widz odnalazł ich klasowe pochodzenie. Do roli Parkina szukałam aktora barczystego, w dojrzałym wieku, o silnych ramionach i dużych dłoniach, które symbolizowałyby jego związek z naturą, ziemią i określały go jako człowieka pracy fizycznej. Chciałam, żeby to był aktor o nieopatrzonej twarzy, który wtargnie w życie Konstancji z siłą wodospadu. Jeana-Louisa Coullocha wypatrzyłam w teatrze. Debiutował na scenie dość późno, a filmowych doświadczeń nie miał prawie w ogóle. W związku z tym rola Parkina była dla niego wyjątkowo trudnym wyzwaniem. Jednak dzięki temu, że inaczej niż zwykle ma to miejsce na planie, filmowaliśmy wszystko w porządku chronologicznym, Jean-Louis stopniowo otwierał się na swojego bohatera. Pisząc rolę Lady Chatterley, myślałam o kilku młodych aktorkach francuskich, z których jedną była właśnie Marina Hands. Kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy, od razu poczułyśmy, że łączy nas jakaś szczególna więź. W jej postawie jest coś arystokratycznego, ale jednocześnie kruchego. Jest bardzo romantyczna, a zarazem odważna, ciekawa nowych wyzwań, otwarta.

Jak udało się pani przełamać naturalny przed kamerą wstyd i opory aktorów odgrywających sceny intymne, które są tak eksponowane w filmie?

Okazało się, że kiedy przyszło do kręcenia scen erotycznych, nie tylko aktorzy, ale i sama reżyserka mieli problemy z wyzbyciem się resztek pruderii… (śmiech!) Wpadłam wtedy na pomysł, by w próbach do tych scen, które przeważnie rozgrywają się w milczeniu ewentualnie z towarzyszeniem odgłosów natury: śpiewu ptaków czy szumu wiatru pozwolić aktorom na posługiwanie się gestami i mimiką, zastępującymi słowa, a nawet całe dialogi. Do współpracy poprosiłam także tancerza japońskiego tańca butoh. On z kolei zachęcał aktorów do nieskrępowanej ekspresji, naśladowania zwierzęcych zachowań i zabawy z własnych ciałem. To poszukiwanie tego, co w ciele autentyczne, co otwiera na kontakt z odwiecznym cyklem życia i śmierci. Okazało się nie tylko doskonałym ćwiczeniem odblokowującym emocje aktorów, ale co bardzo ważne wprowadzało mnóstwo humoru sytuacyjnego, łagodzącego napięcie. Myślę, że jeśli coś wyróżnia nasz film od innych, w których pokazuje się intymność człowieka, to paradoksalnie będzie to konwencjonalny sposób, w jaki portretujemy dojrzewanie bohaterów do pełnego seksualnego, ale i emocjonalnego oraz światopoglądowego wyzwolenia.