Bajka powinna mieć morał. Jeżeli „Rezerwat” spotka się ze swoją publicznością w kinach, zostanie przez nią zaakceptowany, będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.
Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Ważne są nagrody i festiwale, ale najistotniejszy będzie dla mnie uśmiech publiczności.
Sam sobie zazdroszczę. Jestem chyba w czepku urodzony. Wiele rzeczy udawało mi się w życiu tylko dlatego, że pomimo abnegackiego stylu życia, zawsze spotykałem właściwych ludzi. I to dokładnie w tym czasie, w jakim należało ich było poznać. Oraz w idealnie wymyślonym przez los miejscu. Tacy ludzie towarzyszyli mi nawet wówczas, kiedy nie myślałem jeszcze o zawodzie filmowca.
Głównie o migdałach. Nie tylko niebieskich (śmiech). Poza tym pracowałem. To tu, to tam.
Na przykład składałem komputery. Naprawiałem sprzęt, byłem prawdziwym komputerowcem. Jak ci się coś zepsuje, zawsze możesz zadzwonić. Ciągle chyba jestem mocny w te klocki. Potem pracowałem w branży reklamowej. W końcu zadałem sobie jednak pytanie, co naprawdę chcę robić w życiu. To na pewno nie były ani komputery, ani reklama. Zostały mi zatem trzy wyjścia: malarstwo, literatura lub kino. Wybrałem kino, bo pomyślałem, że w filmie będę mógł połączyć wszystkie pasje.
Czasami. Może robiłbym to częściej gdybym posiadał taki talent jak mój ojciec. Wielki.
To był taki nasz prywatny „rezerwat”. Marcina poznałem w trakcie realizacji mojego pierwszego filmu - "Naszego miasta” według opowiadania Himilsbacha. Nie miałem wtedy dla niego roli, ale skumplowaliśmy się natychmiast. W trakcie jednego ze spotkań Marcin, który mniej więcej w tym czasie przeniósł się na Pragę, zaczął opowiadać niesamowite i barwne historie o mieszkańcach jego kamienicy. Powiedziałem mu wtedy: „Stary, nie gadaj, tylko pisz o tym, co zobaczysz”. Posłuchał: zobaczył, opisał, dodał wiele cennych wrażeń. Od Marcina i jego intuicji wszystko się zaczęło.
Nie jest, ale powstało w warunkach kameralnych. Wśród przyjaciół i znajomych, za przysłowiową połowę stawki. Było fantastycznie, ale kolejne filmy wolałbym kręcić w trochę większym komforcie.
Tarnowa nie zapomnę nigdy. Tak wspaniałej reakcji nikt z nas się wtedy nie spodziewał, bo wcześniej - w trakcie montażu - jeżeli w ogóle słyszałem jakieś uwagi, były to najczęściej komentarze krytyczne. Dlatego na pierwszej projekcji siedziałem jak sparaliżowany. Tymczasem okazało się, że publiczność śmieje się dokładnie w tych momentach, które sobie założyliśmy, wzrusza w innych. Paraliż ustępował, ale pojawiło się niedowierzanie: że to wszystko może nieprawda, że tak tylko przysnąłem.
Słyszałem, że "Rezerwat” podoba się także dlatego, że nie jest filmem wykalkulowanym. To prawda. Ten film oddaje moje ówczesne emocje. Chciałem pokazać rzeczywistość jasną, ale nie sielankową. Kłopotliwą, ale nie depresyjną. Film mówi przecież o tym, że ciągle popełniamy grzechy: większe i mniejsze. Ale nigdy nie jest za późno, żeby - przed sobą - spróbować się wyspowiadać. Rozgrzeszeniem może być wielki i wspaniały skok po małym i głupim upadku.
"
Film jest wyrazem mojej tęsknoty za miejscami tego typu. Próbą zaklęcia losu, że jeszcze są, że istnieją.
Reżyser jest tylko opowiadaczem historii. Raz wychodzi mu to lepiej, innym razem gorzej. Ale najważniejsza jest opowieść: czyli fotografia myśli. Spełnieniem moich marzeń byłaby sytuacja, w której fotografia reżysera spotkałaby się ze zwielokrotnioną stop-klatką pamięci widza. Wtedy mówiłbym o pełni. Myślę że ci, którzy znają tylko mój debiut, „Naszą ulicę”, będą „Rezerwatem” zaskoczeni. Tamten film powstał jako swoisty hołd dla kina neorealistycznego, był smutny i dojmujący, tymczasem „Rezerwat” ma spełniać inną, terapeutyczną rolę.
Są takie plany. Pierwsza część serialu opowiadałaby szczegółowo losy bohaterów, które już znamy z kina, część druga rozpoczynałaby się w momencie kiedy Marcin Wilczyński przejmuje zakład fotograficzny.
Coraz więcej pomysłów, coraz mniej czasu. Chciałbym niebawem nakręcić mocny serial o sławnym „bazarku” w okolicach Siennej i Żelaznej w Warszawie.
Tak, z kapuchą narkotykową (śmiech). To było narkotykowe zagłębie w stolicy, w którym ostro działali moi liczni koledzy z podstawówki.
Bardzo fajnych. Nie ironizuję. Chodziłem do nieczynnej już dzisiaj szkoły podstawowej imienia Tupaka Amaru. Jaki patron, tacy uczniowie. Ja straszny łobuz byłem.
Przyjdź na premierę, to sam zobaczysz.