To nie była żadna świadoma decyzja, by dokonać jakiejś zmiany w życiu zawodowym. Za każdym razem, kiedy podejmuję się reżyserowania, a dzieje się to raczej
sporadycznie, choć ostatnio mnożą się takie propozycje, staje się to na czyjąś konkretną prośbę. Tak było też w przypadku "Izolatora” - polscy producenci zaprosili mnie
do współpracy, a ja się zgodziłem, bo spodobał mi się projekt. Tak więc na dnie tej decyzji nie leżą jakieś moje niezaspokojone ambicje, choć z pewnością chęć eksplorowania własnych
możliwości, których do tej pory nie wykorzystywałem. Uwielbiam pracę operatora, mam okazję współpracować z najlepszymi reżyserami na świecie, nie chciałbym z tego zrezygnować na rzecz
czegoś innego. Poza tym mając doświadczenie w pracy z tak wybitnymi przedstawicielami zawodu, o swoim reżyserowaniu myślę skromnie - oni są po prostu lepsi ode mnie, mają lepsze pomysły,
intuicję. Zgodziłem się reżyserować "Izolatora”, bo ujęło mnie zaufanie, jakim ktoś mnie obdarzył. Mam nadzieję, że go nie zawiodłem.
Nie, nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie, już stęskniłem się za pracą operatora i zaraz do niej wracam. Nie sądzę zresztą, abym kiedykolwiek, choć na chwilę przestawał nim być. Nawet
kiedy reżyseruję, jestem przede wszystkim operatorem, co musi być trudne do zniesienia dla pracujących ze mną operatorów, bo strasznie im się wtrącam do pracy… W pracy filmowca podoba mi
się to, że kiedy zajmujesz się tym już tak długo, uczysz się powoli wszystkich części tego procesu, wiesz coraz więcej i możesz wchodzić w nowe role. Ja na przykład chętnie zgadzam się
od czasu do czasu zagrać małą, trzecioplanową rólkę, jeśli ktoś mi to zaproponuje, jak Takashi Miike na przykład.
Bardzo mi miło, jeśli tak mówią, to mnie uszczęśliwia. Ale nie będą twierdził, że mam jakiś szczególnie genialny styl reżyserowania. Myślę, że jest on wynikiem całej mojej niewiedzy
na temat reżyserii (śmiech).
Owszem, ale ponieważ pracowałem z bardzo różnymi filmowcami, od Wong Kar-waia, który nie używa scenariusza, po Nighta Shyamalana, który ma precyzyjnie rozrysowane storyboardy każdego ujęcia,
więc trudno wyciągnąć z tego jakąś jedną, określoną metodę. W pracy z aktorami zdaję się w dużej mierze na intuicję, staram się znaleźć drogę do ludzi, z którymi pracuję. W miarę
posuwania się prac nad „Izolatorem” robiłem coraz więcej notatek, coraz lepiej wiedziałem, czego mam wymagać, jakie stawiać zadania, bo znałem już Anię Przybylską czy
Janka Frycza na tyle, że wiedziałem, czego od nich chcieć (śmiech). Udało nam się też wspólnie wpaść w pewien dobry rytm - ja stworzyłem dla aktorów pewne nowe sytuacje, a z kolei ich
zachowania i reakcje dawały mi nowe inspiracje do dalszej pracy. Staraliśmy się wspólnie wyciągać ze scenariusza pewne idee i je rozwijać.
Historia, jej zarys dramaturgiczny opiera się na tamtym zdarzeniu. Postać Ojki, którą zagrała Przybylska, to odpowiednik Inki, która odegrała pewną rolę w zabójstwie ministra, ale w moim
filmie jej losy układają się zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Ale nawet jeśli akcja filmu opiera się na faktach, to jest przede wszystkim jakąś ich interpretacją, próbą odczytania
tego, co pomiędzy wierszami, czego nie było w prasowych relacjach. Nie interesowało nas zrobienie filmu demaskatorskiego, politycznego, który odpowiadałby na pytanie "Kto to
zrobił?”. To nie jest zadanie dla filmowców, lecz dla policji i sądu, mnie to nie interesuje. Dostrzegłem w tej historii potężny ładunek emocjonalny, naprawdę duże namiętności,
niezwykłe motywacje wynikające z międzyludzkich napięć. I o tym chciałem zrobić film. Oczywiście to wszystko stanowi pewną bazę do dalszych rozważań: jak politycy kontrolują nasze
życie? Jak reagują na pewne sytuacje, o których ogół ludzi nie ma pojęcia? Chciałem zrobić historię o miłości - rozgrywającą się w mrocznej, ciemnej i napiętej atmosferze, ale jednak o
miłości, a nie o polityce.