George Clooney w ostatnich latach pielęgnuje wizerunek hollywoodzkiego przystojniaka, a jednocześnie ubezpiecza się na przyszłość. „Syriana”, „Good Night And Good Luck”, „Dobry Niemiec” pomogły mu zbudować nową „zaangażowaną” ekranową tożsamość: demaskatora zła, który choć sam złem ukąszony, staje ostatecznie po stronie dobra.

Reklama

W „Michaelu Claytonie” - debiucie reżyserskim znanego scenarzysty Tony’ego Gilroya (m.in. „Adwokat diabła” i adaptacje trzech części sagi o Bournie) – aktor wciela się w prawnika zatrudnionego w wielkiej nowojorskiej korporacji. Pełni funkcję człowieka do zadań specjalnych. Ważnych klientów ratuje przed przykrymi konsekwencjamisamochodowych wypadków, których byli sprawcami, tuszuje obyczajowe skandale, naprawia podupadłą reputację. Słowem – w białych rękawiczkach pierze wszelkie brudy, które dla dobra firmy powinny pozostać pod kloszem. Gdy odkrywa, że jego szefowie kryją zbrodnicze interesy wielkiego konsorcjum chemicznego, będzie musiał zmierzyć się z oporami sumienia i nawrócony stanie jak westernowy bohater sam przeciw wszystkim.

„Michael Clayton” to przykład kina obywatelskiego, demaskującego ukryte mechanizmy rzeczywistości. Gilroy wyprowadza swój film z naiwności „Mr. Smith jedzie do Waszyngtonu” Capry, z mroków mrocznego spiskowego kina lat 70., produkcji Lumeta, ze spiskowej aury „Trzech dni kondora” Sydneya Pollacka, któremu nieprzypadkowo powierzył rolę szefa prawniczej korporacji. Wszystkie te inspiracje doskonale odnajdują się i godzą w schemacie prawniczego thrillera, solidnie skonstruowanego i wciągającego od pierwszych scen. Wszystkie luki, brakujące elementy zagadki wyjaśnione zostaną dopiero w finale, pokazującym te same wydarzenia z innej perspektywy.

Przemyślna konstrukcja zdaje egzamin, bo Gilroy reżyseruje pewną ręką. Powoli odkrywa karty, nieśpiesznie lawiruje między moralnymi dylematami swego bohatera a ponurą wizją świata - melancholijnie fotografowanej groźnej, deszczowej otchłani, w której łatwo się zagubić, a trudniej z niej wydobyć. Reżyser sprawnie buduje klimat osaczenia, wzmacnia niepokój. Zręcznie też omija rafy taniej demagogii, nie zamieniając Claytona w bardziej uświadomioną wersję naiwnej Erin Brokovich. Z prostych elementów tworzy skomplikowaną intrygę, której nie unieważnia nawet typowo hollywoodzkie rozwiązanie. Broni się nawet, dzięki hipnotyzującej Tildzie Swinton, zbyt stereotypowy czarny charakter – zimna jak lód doradczyni chemicznego koncernu.

Gdzieś w połowie filmu odkrywanie prawdy zbyt się momentami ślimaczy, nastrojowe pasaże stają się przegadanymi dłużyznami. Na szczęście to zmęczenie opowiadaną historią udaje się Gilroyowi w porę opanować, a rozgadanych bohaterów na czas uciszyć, by nie zepsuć efektu inteligentnej rozrywki dla dorosłych. Grzeszącej może przerostem ambicji, ale na pewno nie nadmiarem optymizmu.