Niby wszystko jest jasne. Film Bruce'a A. Evansa powiela schemat znany od dziesięcioleci w kinie, literaturze i życiu. Podobno każdy ma ciemną stronę osobowości. Zło, jak pisał Baudrillard, jest ideą, która funkcjonuje na równych prawach z dobrem. Doktor Jekyll nieustannie flirtuje z Mr. Hyde'em.

Reklama

Filmowy Earl Brooks (Costner) jest wcielonym dobrem, wzorowym ojcem idealnej rodziny. Otrzymuje nawet prestiżowy tytuł "człowieka roku". Ale kiedy do głosu dochodzi jego ponure alter ego, Marshall (William Hurt) staje się psychopatycznym mordercą. Metodycznym, piekielnie inteligentnym i przewrotnym. Na jego trop wpada jednak wściekła pani detektyw Atwood (Moore)…

Streszczenie brzmi jak stopka C-klasowej produkcji. O dziwo jednak "Mr. Brooks" jest filmem ciekawym. Ten porządnie zrealizowany thriller nie zaniedbuje psychologizmu postaci. Każda z nich ma swoją przeszłość: charakterologiczny rys, który tłumaczy intencje i dramatyczne intuicje. Zdemoralizowany Brooks i obsesyjna detektyw Atwood są awersem i rewersem tej samej skomplikowanej osobowości.

Moore i Costner, aktorzy dzisiaj mocno już zapomniani, a przecież jeszcze niedawno pierwszoligowi, walczyli tym filmem o swoją przyszłość. Efekt ich starań jest jednak przeciętny. Costner nie będzie nigdy Hopkinsem z "Milczenia owiec" czy nawet Bale'em z "American Psycho". Nie jest bowiem w stanie przekroczyć własnych, niestety skromnych możliwości. Dobrze, że chociaż w końcu przestał udawać "tańczącego z wilkami". W "Mr. Brooks" najlepszy jest w scenach, kiedy w swoim miśkowatym wcieleniu rozżalony patrzy na żonę i córkę, bo przeczuwa, że za kilka godzin znowu nie będzie sobą.

Demi Moore w trakcie kilkuletniej aktorskiej absencji (urozmaicanej kilkoma gościnnymi występami w kinie, ale przede wszystkim imponującym stażem na okładkach tabloidów) poza niezliczonymi operacjami plastycznymi w końcu zrobiła coś ze swoim seksownie charczącym głosem. Mniej ryczy, więcej mówi. Ale jej tak zwana kondycja aktorska pozostała niezmienna. Demi jak zwykle marszczy czoło, wymachuje rękami i spina nerwowo wargi w dwie tasiemki od majtek, co zapewne oznacza wielki ból istnienia.

Show eksgwiazdorskiej parze ukradł ten trzeci, czyli Dane Cook, coraz popularniejszy w Ameryce komik i artysta kabaretowy, odważnie obsadzony w dramatycznej roli Smitha, podglądacza, który za pomocą teleobiektywu wkracza z buciorami w życie innych ludzi. Szantażując Brooksa, nie chce jednak jego forsy, tylko zarażenia obsesją zła, bo morderstwa to dla Smitha podnieta i zabawa.

"Mr. Brooks" zapewne nie dostanie nominacji do Oscara ani pięciogwiazdkowych recenzji, nie odbuduje także reputacji Costnera i Moore'a, a jednak na tle standardowej produkcji hollywoodzkiej wyróżnia się nie tylko inteligencją, ale także obyczajową dezynwolturą, która prowokuje, by natychmiast po seansie zastanowić się, czy przypadkiem w nas także nie mieszka jakiś diabełek…

"Mr. Brooks"
USA 2007; Reżyseria: Bruce A. Evans; Obsada: Kevin Costner, William Hurt, Demi Moore, Dane Cook; Dystrybucja: Monolith; Czas: 120 min
Premiera: 22 czerwca