Takiej Binoche jeszcze nie widzieliśmy. Jako francuska tajna agentka Irene Montano ze spluwą przy twarzy zabija bez mrugnięcia okiem. Na dodatek chce uwieść młodszego od siebie chłopca, a jej przeszłość jest, delikatnie mówiąc, szemrana. Zniknęły gdzieś łagodne panny z rumieńcami, w rolach których przez lata obsadzali ją reżyserzy. Wiek jej służy, potrafi być teraz stanowcza, wyrachowana i zimna. Taką polubiłam ją chyba bardziej niż tę dawną - dramatycznie omdlewającą.

Reklama

Świetnie wypada też John Turturro w roli histerycznego zabójcy na zleceniach CIA Williama Pounda, który podczas wykonywania zleceń recytuje poezję, a potem dzwoni obgadać sprawę ze swoim psychoanalitykiem, któremu wszystkie zwierzenia pacjentów kojarzą się z d... albo kompleksem ojca. Turturro jest przekomiczny. Wprowadza dekadencki czarny humor rodem z "Pulp Fiction".

Na tym koniec komplementów. Bo fabuły, choć całkiem nieźle się zaczyna, pochwalić nie można. Oto Irene dostaje list od dawnego przełożonego i przyjaciela Elliota (Nick Nolte, który pojawia się na ekranie na trzy minuty finału, by wygłosić kilka nadętych zdań). Ten prosi ją, by zorganizowała mu spotkanie z niewidzianą od 10 lat córką Orlando (Sara Forestier). W paryskim hoteliku zamiast Elliota pojawia się jego przyrodni syn - Amerykanin David (Tom Riley). Tego samego wieczoru wizytę w domu Irene składają arabscy biznesmeni, którzy kupują od Elliota tajne dane. Okazuje się, że ten ostrzegł ich przed inwestowaniem na amerykańskim rynku - mamy 6 września 2001 r., pięć dni do ataku na WTC - ale zniknął z dowodem na załamanie się gospodarki USA. Niebagatelną sumę za tę informację kazał przekazać na konto swoich dzieci. A kolejny termin spotkania wyznaczył za kilka dni w Wenecji.

Początek spełnia wszystkie standardy kina akcji. Jest dynamicznie, intrygująco, a miejscami (jak we wspomnianych scenach z udziałem Turturro) zabawnie. Dwa doskonałe ujęcia: dwóch pań wyciągających równocześnie pistolety i kropli deszczu przechodzących w krople krwi z głowy ofiary, okraszone bardzo dobrym fortepianowym podkładem muzycznym, zapowiadają niezłe kino szpiegowskie. Niestety, od momentu przeniesienia akcji do Wenecji mamy już tylko przydługiego snuja i nieśmieszne dowcipy na temat nienawiści francusko-amerykańskiej, które naturalnie skończą się wielką zgodą w łóżku. A cały film - po dość żenującym, patetycznym finale, w którym broni się tylko wręcz malarsko zrobiona scena strzelaniny - skończy się radiową transmisją z akcji ratunkowej 11 września.

Mam wrażenie, że koniec zimnej wojny zamknął też piękną epokę kina szpiegowskiego. Z braku jasnego wroga z zimnego kraju autorzy filmów o tajnych agentach wymyślają ostatnio piętrowe, tajemnicze intrygi, z których potem nie potrafią się logicznie wytłumaczyć. Bo jaką tajemnicę posiadł Elliot, że musiał zginąć? Założę się, że większość widzów nawet nie ruszy głową, by się dowiedzieć, o co w tym spisku chodziło.

"Kilka dni września" Francja/Portugalia/Włochy 2006; Reżyseria: Santiago Amigorena; Obsada: Juliette Binoche, John Turturro, Nick Nolte; Dystrybucja: Solopan; Czas: 115 min
Premiera: 11 maja