Wyrypajew to jeden z najbardziej znanych i najlepiej sprzedających się za granicą, także i u nas, młodych rosyjskich dramaturgów, okrzyknięty przez krytykę liderem całego pokolenia. Jego filmowy debiut jest w kontekście dotychczasowego dorobku dziełem dość niespodziewanym. Po pierwsze, dlatego że po teatralnym twórcy spodziewalibyśmy się raczej kina opartego na dialogu, dekoracjach i całym teatralnym sztafażu udawania życia.

Reklama

Po drugie zaś, Wyrypajew przedstawiał się dotąd jako zwolennik sztuki zaangażowanej. Jego zdaniem, nowy dramat powinien mówić nie o wiecznych tematach, ale o sprawach związanych z dniem dzisiejszym. Sztuka wedle Wyrypajewa miała być dialogiem toczonym w jakiejś sprawie, powinna stawiać pytania filozoficzne, społeczne, polityczne, ekonomiczne, uczestniczyć w życiu świata.

Tymczasem "Euforia" jest niemal całkowitym zaprzeczeniem tego programu. To kino z bardzo krótką listą dialogową, rozegrane w naturalnych plenerach, poświęcone odwiecznemu tematowi miłosnej euforii i raczej uciekające od odpowiedzi na pytania stawiane w teatrze. Wyrypajew ucieka w stepy nad Donem, do przestrzeni zamieszkanych przez tych, którzy nie uczestniczą w życiu świata, bo mają wyłącznie swoje życie. Jest tu piękna dziewczyna w czerwonej sukience, jej wiecznie pijany mąż i chłopak, który zobaczył ją na weselu kolegi i odtąd nie może już spać. Jest też jej córeczka pogryziona przez psa i podróż do odległego szpitala. Jest wódka, ludzie żyjący dzięki niej i dla niej oraz miejscowa nimfomanka figlująca z cudzymi mężami po krzakach.

Ale przede wszystkim jest miłość. Spada niespodziewanie i objawia się obcą w tym świecie czułością, niewinnością i głodem ciała. Czystym jak łza, a zarazem brudnym cierpieniem zdradzonego męża. Jest też w tej historii, w sposobie jej filmowania, w długich ujęciach, panoramicznych pejzażach, lotach kamery i muzycznym tle rozbrzmiewającym ludowymi tangami coś, co nazywamy rosyjską duszą, a co niełatwo daje się zdefiniować. Jakaś biologia podszyta melancholią i zderzona z pustką natury.

Ta nostalgiczna asceza to niewątpliwy atut filmu. Ale Wyrypajew ascezą także grzeszy. Zbyt łatwo można potraktować ten film jako zabawę w żonglowanie cytatami z klasyki rosyjskiego kina, jeden wielki cytat z mitologii cierpienia i egzystencjalnego nieszczęścia. Chociaż ta poetyka aż kusi, by ów obraz potraktować jako metaforę ludzkiej niedoli, skazania na wygnanie do raju, a zarazem piekielnej pustki i poszukiwania ratunku w metafizyce duchowej i cielesnej euforii.

Nawet potraktowana wprost jako miłosna ballada, historia opowiadana przez Wyrypajewa razi wtórnością kreowania na antyczny dramat i zbytnią łatwością sięgania po wizualne ozdobniki i dramaturgiczne wytrychy. Tyle że są tutaj sceny przejmujące, chwytające za serce, autentycznie piękne i trudne do zapomnienia. To kino nastroju, za którym się tęskni, kino zbudowane z pustych miejsc, które nie domagają się zapełnienia. Wzbudziło ono we mnie - spragnionym rosyjskiego kina - sympatię, poruszyło czułą strunę, więc przyznaję mu wysoką ocenę, odrobinę na wyrost.


"Euforia"
Rosja 2006; Reżyseria: Iwan Wyrypajew; Obsada: Polina Agurejewa, Maksim Uszakow, Michaił Okuniew; Dystrybucja: Kino Świat; Czas: 73 min
Premiera: 20 kwietnia