Czytałem pańską wypowiedź, że futbol to nauka ścisła wymagająca matematycznej precyzji. Dlaczego pan tak uważa?
Bardzo często ludzie mówią o głupich piłkarzach. Może ostatnio już trochę mniej, bo wykształcenie nie jest aż tak ważne jak kiedyś. Dziś znacznie łatwiej jest skończyć studia i wykształcenie trochę się zdewaluowało. W każdym razie, gdy ludzie mówią: "głupi piłkarz", popełniają podstawowy błąd. Piłkarze mogą być niewykształceni, nie są jednak głupi. Większość z nich jest bardzo inteligentna i myśli znacznie szerzej, niż nam się wydaje. By grać dobrze w piłkę, trzeba mieć poczucie przestrzeni. Futbol dla mnie jest miejscem, gdzie spełnia się niewidzialny, geometryczny i matematyczny, sens świata. Gdy widzisz, jak zawodnik dostaje piłkę i szybko kalkuluje - mówię: kalkuluje, ale on działa przecież instynktownie i w ułamku sekundy - gdzie ją przerzucić, a później widzisz, jak zagrana przez niego futbolówka leci 40 metrów, by spaść komuś pod nogi, to wiesz, o czym mówię. By zrobić coś takiego, trzeba umieć myśleć abstrakcyjnie. To naprawdę jest dziedzina wymagająca matematycznej precyzji.

Reklama

A jak się zaczęła pańska miłość do futbolu? Słyszałem, że w pewnym momencie musiał pan wybierać między piłką a kinem.
To nie do końca tak było. Nie stanąłem przed tak prostym wyborem: futbol czy kino, to była znacznie bardziej skomplikowana decyzja. Na szczęście okazałem się na tyle inteligentny, by zdać sobie sprawę z tego, że moja fizjonomia nie predestynuje mnie do zawodowego grania w piłkę. Jestem bardzo wysoki i duży. Stąd miałem ciągłe problemy z kostkami. Cały czas sobie je skręcałem albo nadwerężałem. Już w wieku juniora miałem ciągłe problemy zdrowotne. Dlatego teraz skupiam się na miłości do piłki, na byciu obserwatorem. Dobrze, że nie robię tego profesjonalnie, zresztą jak się uprawia futbol profesjonalnie, łatwo można stracić nie tylko zdrowie, ale i głowę.

Ale zanim pan zrezygnował z kariery zawodowego piłkarza, normalnie pan trenował?
Oczywiście. Najpierw byłem juniorem w Żeleznicarze Sarajewo, a później, jak już byłem starszy, grałem w czwartoligowym klubie. Powiem szczerze, że miałem znacznie lepsze perspektywy niż wielu innych kolegów, którzy ostatecznie zostali zawodnikami.

Na jakiej pozycji pan grał?
Na lewej stronie pomocy. W zależności od przeciwnika i taktyki byłem albo bardziej lewym obrońcą, albo czasami wręcz lewym napastnikiem. Zaskoczony? Pewnie myślał pan, że taki wielki chłop powinien być albo stoperem, albo napastnikiem. Kiedyś była wyraźna specjalizacja w futbolu. Obrońcy nie przekraczali linii środkowej boiska, strzelaniem goli zajmowali się tylko napastnicy. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Wszyscy robią wszystkiego po trochu: bronią, atakują, rozgrywają. Od czasu kiedy Maradona w meczu z Anglią przedryblował sześciu przeciwników i strzelił gola, piłka się zmieniła. Stała się szybsza i bardziej fizyczna. Za moich czasów każdy zawodnik w czasie meczu przytrzymywał futbolówkę przez trzy-cztery minuty, zanim ją w końcu podał. Dzisiaj wszystko trwa krócej. Przyjęcie, podanie, sprint, przechwyt, podanie. Nie ma holowania i przetrzymywania piłki. Oczywiście w tym świecie dzisiejszej piłki zdarzają się wybitne jednostki, magicy. Ale żaden z nich nie zbliżył się nawet do Maradony.

Skoro już padło to nazwisko. Niedługo wchodzi pana film dokumentalny o tym genialnym Argentyńczyku. Co dla pana znaczyło zrobienie filmu o Maradonie?
Niewiarygodnie dużo. To było coś niesamowitego. Oglądałem mecze z jego udziałem i nie mogłem wyjść z podziwu. To był bez żadnych wątpliwości najlepszy piłkarz w historii. Zdecydowanie najlepszy. Chciałem go pokazać w pewnym duchowym kontekście. Nie jako tego złego człowieka, który ma problem z narkotykami, czyli takiego, jakiego dziś chcą wszyscy pokazywać i jakiego go pamiętają. Oczywiście w moim filmie jest ten wątek. Ale chciałem też pokazać naprawdę duże możliwości intelektualne Maradony i to, jak Diego zmieniał się z czasem. Myślę, że zrobiłem dobrą robotę.

Widać, że jest pan wielkim fanem Maradony.
Ten facet został stworzony przez Boga, by grać w piłkę. Bóg wziął i ulepił ciało doskonałe do tego sportu. Diego jest mały, ale potężny zarazem. Jest szybki i zwinny, przy tym niesamowicie silny. Piłka klei się do jego nogi, jakby sam Bóg ją tam umieścił. Naprawdę, patrząc na jego grę, miało się wrażenie, że został do tego stworzony. Do futbolu i niczego innego. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Gdy się go poznaje, nagle się okazuje, że Diego może być każdym i robić to, co mu się podoba. We wszystkim jest świetny. Byłem gościem w jego programie telewizyjnym i naprawdę uważam, że nie ma lepszego gospodarza talk show od niego.

Podobno graliście razem w piłkę na wizji.
To też, ale z tego spotkania zapamiętałem sekret, który zdradził mi Diego. Powiedział, że nigdy w życiu nie strzelał na siłę. Powtarzał, że piłkę trzeba głaskać, a jak się ją uderza, to delikatnie i precyzyjnie. Siła jest niepotrzebna.

Czasami, mówiąc złośliwie, potrzebna jest ręka. A co pan sądzi o jego zaangażowaniu politycznym, o przeciwstawianiu się USA. To jest prawdziwe, czy ktoś mu to nakładł do głowy?
Według mnie jest absolutnie prawdziwe. Diego ma dużą wiedzę, umie argumentować, zna się na sprawie. To fantastyczne widzieć, że choć stał się milionerem, nigdy nie stracił ducha slumsów. Zawsze będzie wiedział, czego potrzebują ludzie z Fiorito, czym żyją w danej chwili.

To dlatego tytuł roboczy filmu brzmiał „Nigdy nie zapomnij Fiorito”?
Tak, chociaż do kin niemal na sto procent wejdzie pod tytułem „Siedem grzechów głównych Diego Armando Maradony”.

Jak pan wpadł na pomysł, by w ogóle nakręcić film o Maradonie?
To nie był mój pomysł. Ludzie mnie poprosili, bym zrobił ten film. Jeden z hiszpańskich producentów, który wcześniej wyprodukował dokument o Fidelu Castro, poprosił mnie, bym się tym zajął.

Pański przyjaciel Kazik Staszewski powiedział, że pana życie odmienił mecz Żeleznicara Sarajewo z węgierskim Videotonem. Dlaczego?
To był moment, kiedy Żeleznicar walczył o wejście do finału Pucharu UEFA w 1986 roku. Dopadło ich dokładnie to samo, co było zawsze największym problemem reprezentacji Jugosławii. Zawsze zapierającej dech w piersiach pierwszej połowie przychodziła beznadziejna druga. I to się także zdarzyło w tym nieszczęsnym meczu przeciwko Videotonowi. Żeleznicar prowadził 2:0, a bramkę, która go wyeliminowała, stracił dwie minuty przed końcem. I to kto ich wyeliminował? Videoton. Przecież to zawsze była nic nie znacząca, gówniana drużynka. Nasz lewy obrońca nie był na tyle świadomy, by pójść do końca za jednym ze swoich przeciwników. To jest cecha całkowicie nie do zaakceptowania dla przedstawiciela poważnego narodu.

Naprawdę na podstawie jednego meczu zmienił pan zdanie o całym narodzie?
No, może nie do końca zmieniłem zdanie o całym narodzie. Ale załamałem się i naprawdę uważam to za niepoważne.

Wspomniany wcześniej Kazika twierdzi, że jest pan całkowitym fanatykiem piłkarskim.
Byłem kiedyś. Byłem naprawdę absolutnym fanatykiem. Ale dziś piłka już mnie tak nie kręci jak kiedyś. Stała się wielkim biznesem i przemysłem. To już nie jest sport w takim sensie jak kiedyś. Dziś futbolowi jest bliżej do Hollywood.

Któremu klubowi pan kibicuje?
Partizanowi Belgrad.

Nawet jeden z bohaterów pańskiego filmu „Życie jest cudem” to piłkarz Partizana.
To prawda, ale później idzie na wojnę.

Reklama

Skoro kibicuje pan Partizanowi, to co w takim razie myśli pan o waszym największym rywalu Crvenej Zvezdzie?
Futbol w moim kraju, mam na myśli ligę, stoi na żenująco słabym poziomie. To jest jakaś piąta albo szósta liga europejska. Podejrzewam zresztą, że podobnie jest w tej chwili w Polsce. Europa nam uciekła. Oni są na etapie industrializacji, my zostaliśmy przy ręcznym wyrabianiu narzędzi.

Czyli nie interesuje się pan serbską ligą?
Interesuje się, ale nie na tyle emocjonalnie, by powiedzieć, że kogoś lubię, a kogoś innego nie. Partizanowi kibicuję, bo jestem tak nauczony. Zostało mi to z dawnych lat.

A co pan sądzi o kibicach w Serbii. Uchodzą za jednych z najbardziej krewkich na świecie.
Dla mnie to jest ok, jeżeli tą ich energią nikt nie manipuluje. A tak się niestety działo. Wystarczy chociażby wspomnieć oddziały Arkana, które odznaczały się w czasie wojny domowej niesamowitą brutalnością, a które składały się z kibiców Crvenej Zvezdy. Problem w tym, że dziś bycie kibicem, chuliganem w Serbii jest niemalże zawodem. Słyszałem, że najlepszych chuliganom Crvena Zvezda zapewnia nawet mieszkania. Taki program lojalnościowy. To jest szalone, ale to też pokazuje najlepiej, że coś się z piłką w ostatnich czasach złego dzieje.

W tej chwili na Bałkanach futbol dzieli czy łączy?
Niestety chyba bardziej dzieli. Futbol to potężna siła, na której żerują nacjonalizmy i ksenofobia. Tak jak mówiłem, to już nie jest sport, tylko czysty biznes.

A biznes zawsze dzieli?
Pewnie nie zawsze. Widzi pan, dzisiaj w XXI wieku na festiwalu filmowym w Cannes od najlepszego nawet reżysera ważniejszy jest L’Oreal czy inna wielka firma sponsorująca tę imprezę. Michael Jordan uczynił firmę Nike jedną z najpotężniejszych na świecie. Dziś jednak więcej dzieciaków kojarzy znak firmowy Nike’a niż samego Jordana.

W prawie każdym pana filmie są jakieś sceny związane albo odwołujące się do piłki nożnej.
Konstruuje swoje filmy z motywów i przedmiotów, które mnie zajmują, które mnie pochłaniają. Fabuła jest pretekstem do pokazywania tych motywów, chociaż też jest niezwykle ważna. A ja, mimo tych złych rzeczy, które powiedziałem o dzisiejszym futbolu, wciąż jestem pod jego ogromnym wrażeniem. Wciąż mnie zachwyca i fascynuje. Dlatego naturalne jest, że piłka znajduje się w moich filmach.

A jak pan tłumaczy wielką popularność futbolu? Dlaczego tyle ludzi nie widzi świata poza nim?
Z powodu przestrzeni i czasu. Tu się spotyka perfekcja tych dwóch rzeczy. Piłka musi być zagrywana nogą w przestrzeni 100 na 50 metrów. Mecz trwa 90 minut.

I to wszystko?
Absolutnie.

A nie dlatego, że każdy z nas kiedyś to robił? Nie dlatego, że wystarczy znaleźć puszkę czy kamień i nagle świat się zmienia w boisko? Spodziewałem się raczej czegoś w tym stylu.
Każdy ma swój styl. To jest inna sprawa, że w piłkę da się grać dosłownie wszędzie i każda chyba osoba na świecie kiedyś grała w piłkę. Ale ja mówię o absolutnie podstawowych sprawach. Przestrzeń w czasie. Piłka, okrąg, planeta. Boisko, talent, prędkość. To już ponad sto lat i nikt nie wymyślił nic lepszego i nie zmienili reguł.

A pan wciąż gra?
Gdy tylko mam okazję.