"Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet"(aka "Man som hatar kvinnor") Szwecja/Dania/Niemcy 2009; reżyseria: Niels Arden Oplev; obsada: Noomi Rapace, Michael Nyqvist, Sven-Bertil Taube, Peter Andersson; dystrybucja: Monolith; czas: 152 min; Premiera: 6 listopada
Reklama



Akcja filmu skupia się na wątku prywatnego śledztwa Michaela Blomkvista, reportera gazety o tytule „Millenium”, który zmuszony do rezygnacji z dziennikarskiej pracy przyjmuje propozycję wyjaśnienia tajemniczego zniknięcia młodej kobiety sprzed wielu laty. Zleceniodawcą jest wuj zaginionej – potentat przemysłowy, którego rodzina i spadkobiercy stają murem przeciwko dziennikarzowi. W rozwikłaniu zagadki pomoże mu genialna hakerka Lisbeth Salander, a kluczem do niej będzie pewne zdjęcie.

Plastyczne opisy, galopująca akcją i zawiła, zaskakująca, choć nie przekombinowana intryga – to wszystko, co zdecydowało o sukcesie powieści Larssona – większości czytelników jawiło się podczas lektury jako gotowe kadry filmowe. Okazało się jednak, że przełożenie szwedzkiego kryminału na ekran nie było takie łatwe. To, że scenariusz musiał być skrótem z opasłego tomiszcza jest oczywiste. Powodzenie ekranizacji zależało od jakości tego skrótu. Twórcy filmu zatrzymali się w pół drogi – z jednej strony pozbyli się kilku wątków, które budowały smakowity klimat książki i powodowały, że była ona czymś więcej niż zajmującym dreszczowcem (romans głównego bohatera z koleżanką z pracy, prezentacja rodziny zleceniodawcy), przy okazji wyrzucając też wątek, który budował dramaturgicznie powieść (w książce jedną z form zapłaty za wykonanie zlecenia miały być kwity obciążające przedsiębiorcę, z który Blomkvist przegrał proces). Z drugiej strony chcieli w „Millenium” upchnąć jak najwięcej. W wielu momentach zamiast opowiadać wykorzystując zestaw filmowych chwytów prowadzenia narracji, zwyczajnie streszczają książkę. Siada przez to kompletnie napięcie, a widz ma poczucie, że filmowcy serwują mu bryk z powieści.

Wyraźnie „Millenium” było jak na kinowy obraz zbyt gęste, a wszystkie zalety prozy Larssona dużo lepiej można było wygrać w serialu. Filmowa wersja „Millenium” odsłoniła, jak precyzyjną konstrukcją jest proza Stiega Larssona, choć pozornie wydaje się zrobioną wedle przepisu układanką ze znanych wątków. Przecież niby na każdym kroku dało się złapać autora na zapożyczeniach (przede wszystkim z innych szwedzkich autorów – Mankella i duetu Sjöwall i Wahlöö), a jednak jego wojowniczo lewicowa krytyka socjaldemokratycznego ustroju Szwecji jako pozornego raju dla jej mieszkańców, skrywającego pod fasadą poprawności i równości nadużycia władzy i zniewolenie przez system miały świeżą siłę działania. Twórcy filmu wyjmując z niej pojedyncze cegiełki zburzyli misternie konstruowane przez autora połączenie rozrywki z wstrząsającą diagnozą społeczną.

Taki los spotkał zresztą poprzedników Larssona. Najnowsza ekranizacja Mankella zrobiona przez Kennetha Branagha jest zwyczajnie nudna i pozbawiona finezji, zaś filmowe wersje powieści Sjöwall i Wahlöö (choćby „Śmiejący się policjant” z Walterem Mathau) łagodzono polityczną wymowę ich książek. Wszyscy wspomniani twórcy mają ogromną umiejętność plastycznego kreowania obrazów, których kamera w zderzeniu z wyobraźnią czytelnika niestety często nie dźwiga.

p