Imię i nazwisko bohatera powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza weszło do języka potocznego jako synonim idącego po trupach karierowicza. Dyzma to człowiek, nie posiadając żadnych koniecznych
umiejętności, za pomocą bezczelności, oszustwa, ideologii, chamskiej buty i dzięki wsparciu wpływowych kolegów brutalnie pnie się w górę drabiny społecznej.
Dyzma z postaci literackiej, a potem filmowej, stał się stereotypem, wciąż aktywnym w przestrzeni publicznego dyskursu. Może to oznaczać, że osoba owego zredukowanego urzędnika pocztowego,
który w wyniku licznych zbiegów okoliczności przybiera szaty silnego męża stanu przedwojennej Rzeczypospolitej, nadal dobrze tłumaczy nam jakiś fragment polskiej rzeczywistości.
Serial Jana Rybkowskiego i Marka Nowickiego z 1980 roku z całą pewnością dowodzi jednego: . O ile książka Dołęgi-Mostowicza, rzecz
napisana na początku lat 30. w ramach osobistej i politycznej zemsty na sanacyjnej władzy, nieco się już dziś zestarzała, o tyle serial – choć jest przecież całkiem wierną
ekranizacją powieści – uderza zaskakującą świeżością. To było drugie podejście Jana Rybkowskiego do "Kariery Nikodema Dyzmy" – po raz pierwszy
zaadaptował ów literacki bestseller w 1956 roku, z Adolfem Dymszą w roli głównej. A jednak dopiero Dyzma w wykonaniu Wilhelmiego zapisał się w pamięci milionów.
Powodów takiego stanu rzeczy da się znaleźć wiele – począwszy od banalnego stwierdzenia, że Wilhelmi ze swoim temperamentem i powierzchownością w zasadzie nie grał Dyzmy, ale nim
był, oczywiście na potrzeby filmu, a kończąc na konstatacji, że po prostu dała tu o sobie znać siła telewizji.
Tak czy inaczej – scenograficznie, aktorsko, koncepcyjnie. I nie chodzi jedynie o Wilhelmiego, który genialnie wcielił się w rolę
sprytnego kretyna bez właściwości. W tym obrazie nie ma nieudanej roli, choć przedstawiony w nim świat jest zasiedlony przez strasznych, groteskowych ludzi: skorumpowanych polityków, chciwych
przedsiębiorców, szantażystów z awansu, zidiociałe matrony i chutliwe, znudzone żony bogatych mężów. – jak mawia cyniczny kombinator Krzepicki ustami Jerzego Bończaka.
Nie chcę teraz roztrząsać kwestii, czy Andrzej Lepper był takim Dyzmą, na jakiego sobie zasłużyliśmy w III RP: to bardzo łatwy trop, a mordziastych
karierowiczów nam nie zabraknie, póki władza przynosić będzie urzędnikom publicznym ponadstandardowe profity, czyli – w zasadzie – ad infinitum. Dużo bardziej interesująca
wydaje mi się kwestia tego, . Ten serial daje naprawdę dobry punkt wyjścia do refleksji.
W PRL-u sprawa była dość prosta – do pewnego momentu władza za wszelką cenę chciała walczyć z powszechną nostalgią za epoką, w której dało się normalnie pójść do sklepu i
zrobić zakupy, mundur oraz Pan Bóg mieli poważanie, Polska uchodziła za niezależny kraj, a nasi umieli sprać tyłki bolszewikom, choćby nawet w asyście Najświętszej Marii Panny.
Od połowy lat 60., na fali partyjnego nacjonalizmu, nastąpiła zmiana perspektywy: dwudziestolecie nie było już całkiem wstrętne, bo w końcu narodowo słuszne, lecz jedynie rozrywane kapitalistycznymi i etnicznymi sprzecznościami, a przede wszystkim mocno dekadenckie. Można było więc o nim opowiadać, używając większej ilości barw, nie tylko czerni i bieli. Wtedy właśnie, przypuszczalnie w czasach gierkowskiej stabilizacji, narodził się utrwalony przez kino i telewizję, kanalizujący częściowo polityczne emocje, – te kabarety, limuzyny, panie w koafiurach i piórach, panowie w galowych mundurach, jazzujące big-bandy, obfita konsumpcja alkoholi i osobliwa seksualna swoboda.
W pewnym sensie dla ludzi znękanych jałowym komunistycznym reżimem stało się to rodzajem (przy założeniu, że porno jest wszystkim tym, co nas podnieca, a czego nie możemy mieć) przypominającej, że dobrze już było. Jednocześnie podskórnie wciąż trwała legenda II Rzeczypospolitej – , budującej religijności, oficerskim honorze, wielkich przywódcach, a wąsy Lecha Wałęsy przypominały o wąsach marszałka Piłsudskiego. Socjologowie oraz co bardziej świadomi opozycyjni i emigracyjni politycy byli zgodni – polskie społeczeństwo znajduje się w stanie osobliwej hibernacji wartości, tak jakby PRL spływał po nim jak po zmokłej gęsi.
Nagle przebudzone, chwyci się ostatniego zapamiętanego skrawka stałego lądu: pamięci o międzywojniu, odrzucając wszystko to, co zaburza ów wyidealizowany wizerunek. To tłumaczy na przykład, dlaczego przez półwiecze komunizmu we wszystkich sondażach Polacy paradoksalnie deklarowali wielkie zaufanie do armii – owszem, do armii, ale przecież nie do tej, ale do tamtej, przedwojennej.
"Kariera Nikodema Dyzmy", pokazująca z satyrycznym zacięciem ciemne strony dwudziestolecia, mogła więc budzić zrozumiałe kontrowersje jako , mający burzyć uświęcony mit.
Wydaje się jednak, że przeważyła inna interpretacja, która uratowała ten świetny film w społecznej świadomości: , ludzi nowych czasów, facetów w waciakach i onucach, brutalnie depczących z najwyższym trudem utrzymywany ład. Nie bez przyczyny Wilhelmi w pewnym sensie powtórzył potem swoją rolę w serialu "Alternatywy 4", wcielając się w gnidowatego stróża Anioła, prowincjonalnego karierowicza, donosiciela i kolaboranta. A co z międzywojniem?
– dociera już do nas, że nie były to najlepsze czasy dla Europy, a więc także i dla Polski, wstrząsanej kryzysem gospodarczym, polityczną anarchią i dyktaturą, napięciami narodowościowymi i naciskami zbrojących się totalitarnych imperiów. Ale ta zasłona opadła zbyt późno – sprawa nie budzi emocji, bo jest niemal martwa, a nieboszczyków przeważnie zostawia się w spokoju.
"Karierę Nikodema Dyzmy" kręcili ludzie, którzy jeszcze całkiem dobrze pamiętali II Rzeczpospolitą. Choćby dla ich pamięci ożywionej na ekranie, warto oglądać ten film.