Inne
Reklama
Inne
Inne

"Kariera Nikodema Dyzmy"
Polska 1980
reż. Jan Rybkowski, Marek Nowicki
dystr. Galapagos Films



Imię i nazwisko bohatera powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza weszło do języka potocznego jako synonim idącego po trupach karierowicza. Dyzma to człowiek, nie posiadając żadnych koniecznych umiejętności, za pomocą bezczelności, oszustwa, ideologii, chamskiej buty i dzięki wsparciu wpływowych kolegów brutalnie pnie się w górę drabiny społecznej.

Dyzma z postaci literackiej, a potem filmowej, stał się stereotypem, wciąż aktywnym w przestrzeni publicznego dyskursu. Może to oznaczać, że osoba owego zredukowanego urzędnika pocztowego, który w wyniku licznych zbiegów okoliczności przybiera szaty silnego męża stanu przedwojennej Rzeczypospolitej, nadal dobrze tłumaczy nam jakiś fragment polskiej rzeczywistości.


Dyzma z twarzą Wilhelmiego

Serial Jana Rybkowskiego i Marka Nowickiego z 1980 roku z całą pewnością dowodzi jednego: Dyzma na dekady dostał twarz Romana Wilhelmiego. O ile książka Dołęgi-Mostowicza, rzecz napisana na początku lat 30. w ramach osobistej i politycznej zemsty na sanacyjnej władzy, nieco się już dziś zestarzała, o tyle serial – choć jest przecież całkiem wierną ekranizacją powieści – uderza zaskakującą świeżością. To było drugie podejście Jana Rybkowskiego do Kariery Nikodema Dyzmy – po raz pierwszy zaadaptował ów literacki bestseller w 1956 roku, z Adolfem Dymszą w roli głównej. A jednak dopiero Dyzma w wykonaniu Wilhelmiego zapisał się w pamięci milionów.

Powodów takiego stanu rzeczy da się znaleźć wiele – począwszy od banalnego stwierdzenia, że Wilhelmi ze swoim temperamentem i powierzchownością w zasadzie nie grał Dyzmy, ale nim był, oczywiście na potrzeby filmu, a kończąc na konstatacji, że po prostu dała tu o sobie znać siła telewizji.

Tak czy inaczej serial Rybkowskiego i Nowickiego to perełka – scenograficznie, aktorsko, koncepcyjnie. I nie chodzi jedynie o Wilhelmiego, który genialnie wcielił się w rolę sprytnego kretyna bez właściwości. W tym obrazie nie ma nieudanej roli, choć przedstawiony w nim świat jest zasiedlony przez strasznych, groteskowych ludzi: skorumpowanych polityków, chciwych przedsiębiorców, szantażystów z awansu, zidiociałe matrony i chutliwe, znudzone żony bogatych mężów. Świat należy do tych, którzy umieją wyrzucić skrupuły za okno – jak mawia cyniczny kombinator Krzepicki ustami Jerzego Bończaka.

Nie chcę teraz roztrząsać kwestii, czy Andrzej Lepper był takim Dyzmą, na jakiego sobie zasłużyliśmy w III RP: to bardzo łatwy trop, a mordziastych karierowiczów nam nie zabraknie, póki władza przynosić będzie urzędnikom publicznym ponadstandardowe profity, czyli – w zasadzie – ad infinitum. Dużo bardziej interesująca wydaje mi się kwestia tego, czym jest dla nas współcześnie Polska międzywojenna. Ten serial daje naprawdę dobry punkt wyjścia do refleksji.

W PRL-u sprawa była dość prosta – do pewnego momentu władza za wszelką cenę chciała walczyć z powszechną nostalgią za epoką, w której dało się normalnie pójść do sklepu i zrobić zakupy, mundur oraz Pan Bóg mieli poważanie, Polska uchodziła za niezależny kraj, a nasi umieli sprać tyłki bolszewikom, choćby nawet w asyście Najświętszej Marii Panny.


























Popkulturowe międzywojnie

Od połowy lat 60., na fali partyjnego nacjonalizmu, nastąpiła zmiana perspektywy: dwudziestolecie nie było już całkiem wstrętne, bo w końcu narodowo słuszne, lecz jedynie rozrywane kapitalistycznymi i etnicznymi sprzecznościami, a przede wszystkim mocno dekadenckie. Można było więc o nim opowiadać, używając większej ilości barw, nie tylko czerni i bieli. Wtedy właśnie, przypuszczalnie w czasach gierkowskiej stabilizacji, narodził się utrwalony przez kino i telewizję, kanalizujący częściowo polityczne emocje, popkulturowy wizerunek okresu międzywojennego – te kabarety, limuzyny, panie w koafiurach i piórach, panowie w galowych mundurach, jazzujące big-bandy, obfita konsumpcja alkoholi i osobliwa seksualna swoboda.

W pewnym sensie dla ludzi znękanych jałowym komunistycznym reżimem stało się to rodzajem pornografii retro (przy założeniu, że porno jest wszystkim tym, co nas podnieca, a czego nie możemy mieć) przypominającej, że dobrze już było. Jednocześnie podskórnie wciąż trwała legenda II Rzeczypospolitej – kultywowano wspomnienia o szlachetnej normalności, budującej religijności, oficerskim honorze, wielkich przywódcach, a wąsy Lecha Wałęsy przypominały o wąsach marszałka Piłsudskiego. Socjologowie oraz co bardziej świadomi opozycyjni i emigracyjni politycy byli zgodni – polskie społeczeństwo znajduje się w stanie osobliwej hibernacji wartości, tak jakby PRL spływał po nim jak po zmokłej gęsi.

Nagle przebudzone, chwyci się ostatniego zapamiętanego skrawka stałego lądu: pamięci o międzywojniu, odrzucając wszystko to, co zaburza ów wyidealizowany wizerunek. To tłumaczy na przykład, dlaczego przez półwiecze komunizmu we wszystkich sondażach Polacy paradoksalnie deklarowali wielkie zaufanie do armii – owszem, do armii, ale przecież nie do tej, ale do tamtej, przedwojennej.

"Kariera Nikodema Dyzmy", pokazująca z satyrycznym zacięciem ciemne strony dwudziestolecia, mogła więc budzić zrozumiałe kontrowersje jako zawoalowany przekaz propagandowy, mający burzyć uświęcony mit.


Cham komunista

Wydaje się jednak, że przeważyła inna interpretacja, która uratowała ten świetny film w społecznej świadomości: w twarzy chama i prostaka publiczność dojrzała niezliczoną rzeszę komunistycznych aparatczyków, ludzi nowych czasów, facetów w waciakach i onucach, brutalnie depczących z najwyższym trudem utrzymywany ład. Nie bez przyczyny Wilhelmi w pewnym sensie powtórzył potem swoją rolę w serialu "Alternatywy 4", wcielając się w gnidowatego stróża Anioła, prowincjonalnego karierowicza, donosiciela i kolaboranta. A co z międzywojniem?

Część mitologicznej zasłony już z niego opadła – dociera już do nas, że nie były to najlepsze czasy dla Europy, a więc także i dla Polski, wstrząsanej kryzysem gospodarczym, polityczną anarchią i dyktaturą, napięciami narodowościowymi i naciskami zbrojących się totalitarnych imperiów. Ale ta zasłona opadła zbyt późno – sprawa nie budzi emocji, bo jest niemal martwa, a nieboszczyków przeważnie zostawia się w spokoju.

"Karierę Nikodema Dyzmy" kręcili ludzie, którzy jeszcze całkiem dobrze pamiętali II Rzeczpospolitą. Choćby dla ich pamięci ożywionej na ekranie, warto oglądać ten film.