Dziennik.pl logo

Kariera sprytnego kretyna odświeżona

4 listopada 2009, 11:49
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
Roman Wilhelmi i Krystyna Ciechomska w  quot;Karierze Nikodema Dyzmy apos;
Roman Wilhelmi i Krystyna Ciechomska w quot;Karierze Nikodema Dyzmy apos;/Inne
Ten serial to perełka - scenograficznie, aktorsko i koncepcyjnie. W "Karierze Nikodema Dyzmy" nie ma nieudanej roli, choć przedstawiony tu świat zasiedlają groteskowi ludzie... Kultowy obraz duetu Rybkowski & Nowicki z życiową rolą Romana Wilhelmiego ponownie ukazał się na DVD.
Grażyna Barszczewska i Roman Wilhelmi w "Karierze Nikodema Dyzmy"
"Kariera Nikodema Dyzmy"
Roman Wilhelmi w "Karierze Nikodema Dyzmy"




Imię i nazwisko bohatera powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza weszło do języka potocznego jako synonim idącego po trupach karierowicza. Dyzma to człowiek, nie posiadając żadnych koniecznych umiejętności, za pomocą bezczelności, oszustwa, ideologii, chamskiej buty i dzięki wsparciu wpływowych kolegów brutalnie pnie się w górę drabiny społecznej.

Dyzma z postaci literackiej, a potem filmowej, stał się stereotypem, wciąż aktywnym w przestrzeni publicznego dyskursu. Może to oznaczać, że osoba owego zredukowanego urzędnika pocztowego, który w wyniku licznych zbiegów okoliczności przybiera szaty silnego męża stanu przedwojennej Rzeczypospolitej, nadal dobrze tłumaczy nam jakiś fragment polskiej rzeczywistości.




Serial Jana Rybkowskiego i Marka Nowickiego z 1980 roku z całą pewnością dowodzi jednego: . O ile książka Dołęgi-Mostowicza, rzecz napisana na początku lat 30. w ramach osobistej i politycznej zemsty na sanacyjnej władzy, nieco się już dziś zestarzała, o tyle serial – choć jest przecież całkiem wierną ekranizacją powieści – uderza zaskakującą świeżością. To było drugie podejście Jana Rybkowskiego do "Kariery Nikodema Dyzmy" – po raz pierwszy zaadaptował ów literacki bestseller w 1956 roku, z Adolfem Dymszą w roli głównej. A jednak dopiero Dyzma w wykonaniu Wilhelmiego zapisał się w pamięci milionów.

Powodów takiego stanu rzeczy da się znaleźć wiele – począwszy od banalnego stwierdzenia, że Wilhelmi ze swoim temperamentem i powierzchownością w zasadzie nie grał Dyzmy, ale nim był, oczywiście na potrzeby filmu, a kończąc na konstatacji, że po prostu dała tu o sobie znać siła telewizji.

Tak czy inaczej – scenograficznie, aktorsko, koncepcyjnie. I nie chodzi jedynie o Wilhelmiego, który genialnie wcielił się w rolę sprytnego kretyna bez właściwości. W tym obrazie nie ma nieudanej roli, choć przedstawiony w nim świat jest zasiedlony przez strasznych, groteskowych ludzi: skorumpowanych polityków, chciwych przedsiębiorców, szantażystów z awansu, zidiociałe matrony i chutliwe, znudzone żony bogatych mężów. – jak mawia cyniczny kombinator Krzepicki ustami Jerzego Bończaka.

Nie chcę teraz roztrząsać kwestii, czy Andrzej Lepper był takim Dyzmą, na jakiego sobie zasłużyliśmy w III RP: to bardzo łatwy trop, a mordziastych karierowiczów nam nie zabraknie, póki władza przynosić będzie urzędnikom publicznym ponadstandardowe profity, czyli – w zasadzie – ad infinitum. Dużo bardziej interesująca wydaje mi się kwestia tego, . Ten serial daje naprawdę dobry punkt wyjścia do refleksji.

W PRL-u sprawa była dość prosta – do pewnego momentu władza za wszelką cenę chciała walczyć z powszechną nostalgią za epoką, w której dało się normalnie pójść do sklepu i zrobić zakupy, mundur oraz Pan Bóg mieli poważanie, Polska uchodziła za niezależny kraj, a nasi umieli sprać tyłki bolszewikom, choćby nawet w asyście Najświętszej Marii Panny.





Od połowy lat 60., na fali partyjnego nacjonalizmu, nastąpiła zmiana perspektywy: dwudziestolecie nie było już całkiem wstrętne, bo w końcu narodowo słuszne, lecz jedynie rozrywane kapitalistycznymi i etnicznymi sprzecznościami, a przede wszystkim mocno dekadenckie. Można było więc o nim opowiadać, używając większej ilości barw, nie tylko czerni i bieli. Wtedy właśnie, przypuszczalnie w czasach gierkowskiej stabilizacji, narodził się utrwalony przez kino i telewizję, kanalizujący częściowo polityczne emocje, – te kabarety, limuzyny, panie w koafiurach i piórach, panowie w galowych mundurach, jazzujące big-bandy, obfita konsumpcja alkoholi i osobliwa seksualna swoboda.

W pewnym sensie dla ludzi znękanych jałowym komunistycznym reżimem stało się to rodzajem (przy założeniu, że porno jest wszystkim tym, co nas podnieca, a czego nie możemy mieć) przypominającej, że dobrze już było. Jednocześnie podskórnie wciąż trwała legenda II Rzeczypospolitej – , budującej religijności, oficerskim honorze, wielkich przywódcach, a wąsy Lecha Wałęsy przypominały o wąsach marszałka Piłsudskiego. Socjologowie oraz co bardziej świadomi opozycyjni i emigracyjni politycy byli zgodni – polskie społeczeństwo znajduje się w stanie osobliwej hibernacji wartości, tak jakby PRL spływał po nim jak po zmokłej gęsi.

Nagle przebudzone, chwyci się ostatniego zapamiętanego skrawka stałego lądu: pamięci o międzywojniu, odrzucając wszystko to, co zaburza ów wyidealizowany wizerunek. To tłumaczy na przykład, dlaczego przez półwiecze komunizmu we wszystkich sondażach Polacy paradoksalnie deklarowali wielkie zaufanie do armii – owszem, do armii, ale przecież nie do tej, ale do tamtej, przedwojennej.

"Kariera Nikodema Dyzmy", pokazująca z satyrycznym zacięciem ciemne strony dwudziestolecia, mogła więc budzić zrozumiałe kontrowersje jako , mający burzyć uświęcony mit.




Wydaje się jednak, że przeważyła inna interpretacja, która uratowała ten świetny film w społecznej świadomości: , ludzi nowych czasów, facetów w waciakach i onucach, brutalnie depczących z najwyższym trudem utrzymywany ład. Nie bez przyczyny Wilhelmi w pewnym sensie powtórzył potem swoją rolę w serialu "Alternatywy 4", wcielając się w gnidowatego stróża Anioła, prowincjonalnego karierowicza, donosiciela i kolaboranta. A co z międzywojniem?

– dociera już do nas, że nie były to najlepsze czasy dla Europy, a więc także i dla Polski, wstrząsanej kryzysem gospodarczym, polityczną anarchią i dyktaturą, napięciami narodowościowymi i naciskami zbrojących się totalitarnych imperiów. Ale ta zasłona opadła zbyt późno – sprawa nie budzi emocji, bo jest niemal martwa, a nieboszczyków przeważnie zostawia się w spokoju.

"Karierę Nikodema Dyzmy" kręcili ludzie, którzy jeszcze całkiem dobrze pamiętali II Rzeczpospolitą. Choćby dla ich pamięci ożywionej na ekranie, warto oglądać ten film.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Piotr Kofta
Piotr Kofta

Pisarz, krytyk literacki, publicysta

Zobacz wszystkie artykuły tego autora
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj