To jeden z najlepszych filmów grozy, jakie powstały w ostatnich latach, propozycja dla wszystkich zmęczonych kolejnymi identycznymi – i idiotycznymi – produkcjami rodem z Hollywood. Nie mam przy tym wątpliwości, że to także film, który z większym entuzjazmem przyjmują recenzenci niż widzowie. Może dlatego, że choć jest mocno osadzony w tradycji kina grozy, przełamuje schematy, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni.

Opowieść o grupie nastolatków, którzy muszą przełamać ciążącą na nich klątwę, mogłaby zamienić się w młodzieżowy horror, i to w najgorszym stylu, lecz David Robert Mitchell rozwija ją w nietypowy sposób. Klątwa – właśnie uświadomiłem sobie, że na papierze wygląda to wyjątkowo absurdalnie, jednak na ekranie sprawdza się doskonale – jest przenoszona drogą płciową. Można ją przekazać kolejnej osobie, wciąż ze świadomością, że i tak jest nieuchronna. W klasycznych slasherach, do których w warstwie fabularnej Mitchell się chętnie odwołuje, seks i śmierć bardzo często szły ze sobą w parze. W kinie lat 80. rozwiązłych nastolatków spotykała brutalna i gwałtowna kara z rąk Freddy'ego Krugera, Michaela Myersa lub innego ekranowego monstrum. Mitchell jednak nie ucieka się do tanich sztuczek. Zło jest tutaj bezosobowe – albo raczej może przybrać postać dowolnego człowieka, znajomego lub obcego. Jest powolne, ale nieustępliwe. Można przed nim uciekać, lecz prędzej czy później cię dopadnie.

Gdyby film Mitchella powstał trzydzieści lat temu, bez wątpienia zostałby odczytany jako metafora strachu przed AIDS. Dziś nie wydaje się tak jednoznaczny – największą jego siłą jest wszak mnogość możliwych interpretacji. Dla samego reżysera to opowieść o lękach i frustracjach towarzyszących seksualnej inicjacji. Ale przecież to także metafora obawy przed wchodzeniem w dorosłość. Obraz świata pozbawionego moralnych drogowskazów i autorytetów. Doprawdy to film, który można analizować na dziesiątki sposobów, doszukiwać się freudowskich podtekstów (postacie prześladujące bohaterów z pozoru są przypadkowe, a jednak mają olbrzymie znaczenie) i ukrytych znaczeń.

"Coś za mną chodzi" to kino, którym można się delektować. Nie atakuje zmysłów widza gwałtownymi scenami. Mitchell rozmyślnie prowadzi akcję powoli, buduje atmosferę długimi, powolnymi ujęciami i fantastyczną muzyką Richa Vreelanda. Nie potrzebuje wyskakujących spoza kadru potworów, żeby budzić przerażenie. Nie interesują go doraźne strachy. "Coś za mną chodzi" nie sprawi, że będziesz nerwowo podskakiwać w kinowym fotelu, ale za to długo nie pozwoli o sobie zapomnieć.

Reżyser tworzy na ekranie specyficzny, nierzeczywisty świat, z pogranicza snu i jawy. Bohaterowie przemierzają współczesne, opustoszałe i zniszczone przedmieścia Detroit, jeżdżą nowoczesnymi samochodami, ale w domach mają czarno-białe telewizory, nie używają komputerów ani komórek. Oglądają tandetne filmy science fiction z lat 50., a jednocześnie cytują "Idiotę" Dostojewskiego. Marzą o lepszym życiu, zakochują się (z reguły nieszczęśliwie), ale niewiele poza tym o nich wiemy. Mitchell celowo unika wyrazistych postaci, nie pasują mu stereotypowe charaktery młodzieżowego kina. A dorosłych na ekranie niemal nie widzimy. Jeśli już się pojawiają, to są wyłącznie tłem, bezwładnym i bezradnym. Nastoletni bohaterowie sami muszą sobie radzić z własnymi kryzysami i lękami.

Podobnie było już w jego błyskotliwym debiucie sprzed kilku lat, świetnym "Legendarnym amerykańskim pidżama party" (film był zdecydowanie lepszy niż polskie tłumaczenie jego tytułu), refleksyjnym portrecie współczesnych nastolatków. Tam bohaterowie marzyli o tym, by podczas wakacyjnej imprezy wreszcie pocałować jakąś dziewczynę/chłopaka. W "Coś za mną chodzi" spotykamy podobnych młodych ludzi, ale tym razem rzeczywistość stawia im znacznie poważniejsze wyzwania.

Coś za mną chodzi | USA 2014 | reżyseria: David Robert Mitchell | dystrybucja: Kino Świat | czas: 100 min