Jego twórca raczej na pewno reżyserował z przekonaniem, że sztuczność pompowana patosem greckich tragedii jest szlachetniejsza niż sztuczność niezamierzona. Mało tego, sztuczność o rodowodzie teatralnym służy zaakcentowaniu spraw wielkich. Czyli miłości, śmierci, chęci zemsty, potęgi zła. Takie bogactwo rozsadziło już niejeden film, a "Czarne słońce", mimo kryształowych reżyserskich intencji, nie należy do wyjątków.

Fabuła wzięta została z dramatu Rocco Familiariego, ten z kolei czerpał inspirację z autentycznych wydarzeń, jakie miały miejsce 20 lat temu na Sycylii. Bohaterów filmu, Agatę i Manfrediego, poznajemy dzięki przydługiej początkowej sekwencji, w której słodycz bezmyślnej wymiany zdań dopełniana jest antycznym pięknem nagich ciał. Szczęśliwe do przesady małżeństwo obserwuje z okna swojego obskurnego mieszkanka nijaki Salvo – narkoman i sadysta. Salvo zabija wylegującego się na tarasie Manfrediego jednym strzałem. I wtedy rozpętuje się to, o czym reżyser marzył. Czyli konflikt tragiczny.

Agata, oszalała z bólu i z miłości, niemal fizycznie czuje obecność zamordowanego męża. Nie ufa policji, dlatego postanawia sama wymierzyć sprawiedliwość. Czai się na Salvo, cierpi, ale żaden z jej dramatycznych gestów nie skłania widza chociażby do uniesienia brwi.

Uczucia jednostkowego w tym filmie nie ma, jest uczucie ogólne, które przetaczało się przez wieki istnienia literatury jak śnieżna kula. Czy historia Agaty potrzebna była, aby o potędze tego uczucia przypomnieć? Raczej nie. Dramaty antyczne wciąż znajdują odkrywców, dzielnie przedzierających się przez archaiczne formuły z nadzieją na dotarcie do ponadczasowych treści. Pewnie dlatego film Zanussiego, stworzony na bazie tych formuł, wydaje się przede wszystkim kompletnie niepotrzebny.

CZARNE SŁOŃCE | Francja, Polska, Włochy 2007 | reż. Krzysztof Zanussi | dystrybucja: Gutek Film | czas: 93 min