Emil Cioran powiedział kiedyś, że społeczeństwo francuskie to społeczeństwo powieści. Czy – jako reżyser filmu o paryskich literatach – masz jakiś pomysł na interpretację tych słów?
Francois Ozon: Literatura rzeczywiście odgrywa niezwykle istotną rolę we francuskiej kulturze. Właśnie z naszego kraju pochodzą najwybitniejsi pisarze z kręgu realizmu i naturalizmu, tacy jak Balzac czy Zola. Z ich dorobku obficie czerpali chociażby twórcy nowej Fali. Choć pragnęli zrewolucjonizować kino, wszyscy jednocześnie uwielbiali literaturę i byli jej wielkimi znawcami. Nowofalowców można określić wręcz jako "pisarzy kina", którzy traktowali swoją kamerę jak pióro.

Truffaut, Rohmer czy Chabrol faktycznie mieli pisanie we krwi. Zanim zadebiutowali jako reżyserzy, byli przecież wziętymi krytykami filmowymi.
– Otóż to! Dlatego byli w stanie pisać kunsztowne scenariusze, traktować je jak osobne dzieła sztuki. Rohmer wydał przecież scenariusze "Sześciu opowieści moralnych" w formie powieści.

Wchodzące właśnie na nasze ekrany "U niej w domu" opowiada o pierwszych literackich fascynacjach młodego pisarza. Czy jako nastolatek również znalazłeś twórców, którzy odcisnęli na tobie szczególne piętno?
– Przełom w moim życiu nastąpił, gdy odkryłem dla siebie kino jako takie. Wcześniej nie byłem dobrym uczniem, ale gdy zdecydowałem, że w przyszłości będę reżyserem, stałem się prawdziwym prymusem w dziedzinie filmu. Wiele zawdzięczam w tym względzie profesorom uniwersyteckim, do których należał choćby wspomniany Rohmer. Do dziś chętnie korzystam z jego dziedzictwa i regularnie angażuję aktorów, z którymi współpracował. W wielu moich filmach obsadzam Marie Riviere, Melvila Poupauda czy Fabrice'a Luchiniego, który w "U niej w domu" zagrał nauczyciela literatury, Germaina.

Ciekawe, że tak chętnie wspominasz o Rohmerze. To mój absolutnie ulubiony reżyser.
– Doskonały wybór! Przyznam, że jako profesor trochę mnie zaskoczył. Jak każdy prawdziwy intelektualista Rohmer miał opinię człowieka oderwanego od rzeczywistości. Tymczasem w relacjach ze studentami okazywał się skutecznym pragmatykiem. Na zajęciach udzielał nam cennych rad w rodzaju: "Jeśli chcecie tanio nakręcić film w paryskiej kawiarni, najlepiej będzie, gdy pójdziecie pod ten i ten adres".

Czy się zgodzisz, że jeden z najważniejszych tematów "U niej w domu" stanowi próba zdefiniowania granicy między fikcją a rzeczywistością?
– Myślę, że to kwestia, która pozostaje inspirująca dla każdego artysty. Jeśli tworzysz jakąkolwiek sztukę, spędzasz dużo czasu w świecie własnych marzeń i idei. Bardzo łatwo w ten sposób się zapomnieć i stracić kontakt z rzeczywistością. Właśnie w takiej sytuacji znajdują się bohaterowie mojego filmu.

Tobie również zdarzało się mieszać prawdę i fałsz w bardzo ryzykowny sposób. W krótkometrażowym "Portrecie rodzinnymģ nie wahałeś się zabić na ekranie postaci odgrywanych przez własnych rodziców!
– Jako artysta możesz zrobić na ekranie, co tylko zechcesz. Jesteś zupełnie wolny. W przypadku "Portretu rodzinnego" poszło mi łatwiej, niż się spodziewałem. Pokazałem rodzicom scenariusz, a oni odpowiedzieli tylko: "Lepiej, jeśli zabijesz nas na ekranie, niż gdybyś miał zrobić to w rzeczywistości".

Niektórzy artyści przekonują, że czerpią z procesu twórczego wielką przyjemność. Inni uskarżają się na jego trudy. Jak jest z tobą?
– Nie jestem masochistą. Gdyby tworzenie nie wprawiało mnie w dobry nastrój, po prostu bym go zaniechał. Wbrew temu, co mówi o sobie wielu reżyserów, w trakcie pracy nie myślę jednak wyłącznie o własnej satysfakcji. Od samego początku równie ważne jest dla mnie zadowolenie publiczności. Pamiętasz scenę z "U niej w domu", gdy jeden z bohaterów porównuje się do Szeherezady? "Jeśli mnie nie zaciekawisz, utnę ci głowę" – oto jak się czuję, gdy stoję za kamerą!

Choć zrobiłeś film o pisaniu, wyznałeś w jednym z wywiadów, że tworzenie scenariusza wcale nie jest twoim ulubionym momentem procesu twórczego.
– Rzeczywiście, znacznie więcej przyjemności sprawia mi montaż. To moja absolutnie ulubiona część pracy nad filmem. Właściwie on również ma w sobie coś literackiego. Dzięki montażowi zyskujesz szansę, by przepisać scenariusz na nowo, opowiedzieć swoją historię w sposób zupełnie inny od pierwotnie zakładanego. To duże wyzwanie intelektualne, które nieodmiennie mnie pociąga.

W jednej ze scen "U niej w domu" bohaterowie rozmawiają o kinie Pasoliniego. Mam wrażenie, że włoski reżyser patronuje twojemu kinu już od czasu "Sitcomu".
– Przedstawiony najwyraźniej w "Teoremacie" pomysł na postać – która niezapowiedzianie zjawia się w twoim życiu i wywraca je do góry nogami – zawsze wydawał mi się inspirujący. Pomyślałem, że zabawnie będzie, jeśli tym razem wspomnę o tym zupełnie wprost.

Tak jak Pasolini wydajesz się nieprzejednanym krytykiem burżuazji. Skąd w tobie tak wiele ironii wobec tej grupy społecznej?
– Bycie przedstawicielem burżuazji nakłada na ciebie konieczność zachowywania się w odgórnie przyjęty sposób i hołdowania określonym wartościom. W pewnym sensie zostajesz zmuszony do nałożenia maski. Od zawsze fascynowało mnie zmuszenie kogoś do jej nagłego zrzucenia. Kino z kolei wielokrotnie udowadniało, że może stać się znakomitą bronią przeciw sztuczności i fałszowi. Tak działo się nie tylko u Pasoliniego, lecz także chociażby w kinie Luisa Bunuela.

W swoim nowym filmie odwołujesz się także do bardziej współczesnych mistrzów. W jednej ze scen bohaterowie wybierają się razem na seans "Wszystko gra" Woody'ego Allena.
– Allen również osiąga mistrzostwo w ironicznym portretowaniu burżuazji. We "Wszystko gra" opowiedział historię młodego chłopaka, który zyskuje szansę awansu społecznego, ale wcześniej będzie zmuszony stanąć przed moralnym dylematem. Pod wieloma względami przypomina więc Claude'a z "U niej w domu". Czułem się zmuszony, by dostrzec to podobieństwo i wykorzystać je w celu złożenia hołdu jednemu z moich ulubionych reżyserów.

"U niej w domu" wybrzmiewa interesująco także w kontekście twoich poprzednich filmów. W wielu momentach ogląda się je wręcz jak rewers słynnego "Basenu".
– W moim przekonaniu "Basen" opowiadał przede wszystkim o rozpaczy towarzyszącej utracie inspiracji. Główną bohaterką uczyniłem pisarkę, która nie była zdolna do stworzenia nowego dzieła i popadała z tego powodu w wyniszczającą frustrację. "Basen" był próbą odpowiedzi na pytanie: jak na powrót rozbudzić w sobie natchnienie i jednocześnie nie utracić samokontroli. Claude z "U niej w domu" nie ma problemu ze znalezieniem inspiracji. Mój bohater poszukuje za to idealnego sposobu na opowiedzenie historii. Zastanawia się, jak wykorzystać obserwacje ze swojego otoczenia, a jednocześnie nikogo nie zranić i nie przekroczyć granic etyki.

"Ricky", "Żona doskonała", "U niej w domu"... Czy można powiedzieć, że w ostatnich latach w twojej twórczości nastąpił zwrot w stronę komedii?
– Od zawsze uważałem poczucie humoru za coś w rodzaju cnoty. To przecież najlepsza bariera, która ochroni cię przed pretensjonalnością. Staram się dbać o to, aby w moich zabawnych filmach nie brakowało jednak momentów pesymistycznych, a w dziełach bardziej dramatycznych znajdowało się miejsce na trochę śmiechu. Samo życie jest przecież modelowym komediodramatem.

W "U niej w domu" poświęcasz sporo czasu na wykpienie absurdów sztuki współczesnej.
– Zależało mi na uzyskaniu w filmie pewnego kontrastu. Podczas gdy Germain jest szacownym wielbicielem klasycznej literatury, jego żona Jeanne – choć również związana ze sztuką – poszukuje zupełnie nowych form wyrazu. Sama próba wydaje mi się cenna, ale rzeczywiście Jeanne traktuje swoje dziwaczne eksperymenty z nabożną czcią i w efekcie sprawia wrażenie osoby groteskowej.

W jednej z absolutnie najzabawniejszych scen w filmie twoja bohaterka przedstawia osobliwą ekspozycję. Jej największą ozdobą okazują się lalki erotyczne z głowami dyktatorów i zbrodniarzy.
– Cieszę się, że doceniasz tę scenę, mnie również wydała się bardzo zabawna. Obawiałem się tylko, czy okaże się wystarczająco wyrazista. Jeśli pomyślisz o współczesnej sztuce i przyjrzysz się na przykład pracom Jeffa Koonsa, zobaczysz, że jego pomysły bywają czasem nawet bardziej absurdalne niż mój. Wielu artystów wychodzi dziś z fałszywego założenia, że "dziwniej" automatycznie znaczy "lepiej". Nie ukrywam, że takie podejście bardzo mnie bawi.

Niektórzy naukowcy z uporem podkreślają, że żyjemy w epoce ponowoczesności, w której wszystko zostało już powiedziane i napisane, a my możemy się bawić wyłącznie w żonglerkę cytatami. Zgadzasz się z taką diagnozą rzeczywistości?
- Jestem reżyserem kinofilem i muszę sobie z tym jakoś poradzić. Mam świadomość, że nie funkcjonuję w próżni, a przede mną tworzyło wielu twórców, których podziwiam. Oczywiście musiałem znaleźć własną drogę, ale wręcz nietaktem byłoby ignorowanie osiągnięć poprzedników.

Kinofilia przeżywała swoje apogeum w latach 60. Czy dziś taka postawa życiowa ma jeszcze jakąkolwiek rację bytu?
– Obawiam się, że coraz mniejszą. Młoda publiczność nie rozumie już tego fenomenu. Z rozmów ze współczesnymi nastolatkami dowiaduję się, że wielu z nich nie widziało nigdy czarno-białego filmu. Dla nich historia kina zaczyna się od Spielberga. Nie wiem, do czego doprowadzi takie podejście i nawet nie chcę o tym myśleć.

Coraz mniejsze zainteresowanie kinem autorskim nie powstrzymuje cię jednak przed realizacją kolejnych filmów. Od kilku lat narzucasz sobie imponujące tempo. Jeszcze chwila, a dościgniesz samego Fassbindera.
– Bez przesady! Fassbinder był w stanie kręcić siedem filmów rocznie. Sam zadowalam się zaledwie jednym. Pewnie dlatego on zmarł w wieku 37 lat, a ja jakiś czas temu przekroczyłem czterdziestkę i wciąż trzymam się jeszcze jako tako.

Mało tego, wciąż lubisz opowiadać o młodych ludziach. Choć na nasze ekrany wchodzi dopiero "U niej w domu", na festiwalu w Cannes pokazałeś już nowy film o sugestywnym tytule "Młoda i ładna".
– To prawda, choć nie traktuję tematu młodości jako mojej twórczej obsesji. "Młoda i ładna" to zresztą zupełnie inny film niż "U niej w domu". Jest poważniejszy w tonie i bardziej intensywny emocjonalnie. Opowiada w końcu o doświadczaniu pewnych rzeczy po raz pierwszy. Gdybym miał podsumować ten film jednym zdaniem, powiedziałbym, że to opowieść o seksualnym dojrzewaniu młodej dziewczyny.

Brzmi bardzo rohmerowsko! Myślisz, że twój profesor byłby zadowolony?
– Mam nadzieję. Liczę, że postawiłby mi piątkę.