W swoim poprzednim filmie „Szef wszystkich szefów” przedstawił pan dość skomplikowaną teorię biznesowo-ekonomiczną dotyczącą funkcjonowania przedsiębiorstw. Większość widzów sądziła, że jest ona prawdziwa i wielu było zaskoczonych, że wymyślił ją pan na potrzeby filmu. Jak było w przypadku „Antychrysta”? Czy magiczne znaki, zwierzęce konstelacje gwiazd, legenda o trzech żebrakach i historia z czarownicami są zaczerpnięte z jakiś wierzeń czy też je pan wymyślił?

Lars von Trier: Wziąłem je z projektu, który interesował mnie wiele lat temu. Nazywał się „Szamańskie podróże”. W skrócie polegało to na tym, że używając swojej fantazji, eksploruje się wierzenia i legendy prymitywnych cywilizacji. To taki odjazd jak po LSD, tyle że bez używania LSD. Próba wycieczki w równoległy świat, by zrozumieć otaczająca nas rzeczywistość. Wiele obrazów w filmie zaczerpnąłem z tamtego doświadczenia. Oczywiście można się w „Antychryście” dopatrzeć korespondencji z średniowiecznym księgami, ale nie korzystałem z żadnej z nich. Może pani pytać, o co pani chce, ale w przypadku tego filmu dałem sobie ogromną wolność, dlatego nie będę w stanie odpowiedzieć na pytania o wszystkie detale filmu zbyt logicznie.

Więc spróbujmy to uporządkować i zacznijmy od początku – w jakich okolicznościach pojawił się pomysł na „Antychrysta”?

Zaczęło się od tytułu. Rzuciłem sobie hasło: Antychryst, i zacząłem robić do niego notatki. Pracę przerwała mi straszliwa depresja. Nigdy wcześniej nie próbowałem mieć depresji – to interesujące doświadczenie, ale bardzo bolesne dla rodziny chorego. Kilka miesięcy spędziłem, leżąc na kanapie i gapiąc się w ścianę. W końcu trafiłem do szpitala. Tam zacząłem się zmuszać do pisania kilku stron dziennie – w ramach terapii.

Depresja okazała się kreatywnym dla pana stanem?

Depresja okazała się wyzwalająca. W ekstremalnym stanie ducha człowiek nie myśli o tym, co powiedzą inni, czy jest wystarczająco poprawny politycznie, czy to, co napisał, przypadnie komuś do gustu. Młodszy Lars też zrobiłby „Antychrysta”, ale byłby ostrożniejszy. Dowiedziałem się też czegoś o leczeniu psychiki człowieka. W szpitalu, w którym przebywałem na początku terapii, lekarz opowiedział mi dowcip: „Freud ciężko pracuje w szpitalu, licząc na to, że jego metody zostaną zauważone. Pewnego dnia do szpitala przyjeżdża inny lekarz, który właśnie dostał Nagrodę Nobla. Freud się wścieka, a ten go pociesza: »Nie traktuj tego tak serio, zawsze możesz dostać Nobla w dziedzinie literatury«”. Po pogadance z nim umieściłem w dialogach zdanie: „Freud nie żyje”. Proszę więc nie odbierać filmu jako autopsychoanalizy. Tę skutecznie wybili mi z głowy duńscy terapeuci.

Krążą plotki, że zgodził się pan na ocenzurowanie filmu przy dystrybucji w katolickich krajach. Czy to prawda?

Ja osobiście nie zamierzam nic przemontowywać, ale nie mogę powstrzymać żadnego dystrybutora przed zrobieniem tego. Jedyna rzecz, którą zastrzegłem w kontrakcie, to warunek, że przy każdej wyciętej scenie widz powinien dostać informację, że tu usunięto fragment. Gdybym nie zgodził się na ocenzurowanie filmu, nie znalazłbym dla niego dystrybutorów.

Nigdy nie stronił pan od fotografowania nagości, fizjologicznie pokazanego seksu, ale tym razem przebił pan swoje wszystkie poprzednie dokonania. Jest jeszcze coś dalej czy doszedł pan do ściany?

Tak, chyba osiągnąłem szczyt swoich możliwości. Ale nie widzę żadnego powodu, by nie pokazywać seksu, jeśli ten jest jednym z tematów filmu.

Kiedyś mówił pan, że zamierza zrobić film porno. Można traktować „Antychrysta” jako realizację tego pomysłu?

Porno to gatunek filmowy. Moim zdaniem nie taki łatwy do zrobienia, jak nam się wydaje. Trzeba mieć na uwadze nie tylko własne perwersje, ale perwersje widzów. To jeszcze nie jest mój pornos, ale wciąż o nim myślę. Kręcenie „Antychrysta” dało mi ważną wiedzę na temat gatunku. Mieliśmy na planie aktora porno, który dublował intymne części ciała Willema Dafoe. Kiedy kręciliśmy scenę, w której ma wytrysk, mieliśmy zabawny incydent. Facet siedział 15 minut pokoju, onanizował się, 80 osób oglądało go na monitorach, on się onanizował, ale nic się nie działo. W końcu przestał to robić i spokojnie zapytał: „Halo, czy jest tam ktoś?”. Wszedłem do jego pokoju i zapytałem: „O co chodzi?”, a on na to, że w filmie porno reżyser daje sygnał, że już może być wytrysk, bez jego komendy się tego nie robi. Teraz wiem już, że jak będę chciał nakręcić pornosa, muszę się nauczyć, że równie ważna jak komenda „akcja!” jest „ejakulacja!”.

Ma pan w głowie zwykłe porno czy modne ostatnio filmy gorno, jak na przykład „Hostel”?

Dla mnie śmierć, cierpienie i seks są bardzo blisko siebie. Ale tych nowych pornohorrorów nie widziałem. Miałem z tyłu głowy japońskie horrory, na przykład „Krąg”, „Wstręt” Polańskiego, „Nie oglądaj się teraz” Nicolasa Roega. W „Antychryście” chciałem jednak przede wszystkim, by od początku czuć było absurdalność historii: dziecko gnie, gdy rodzice uprawiają seks, a przecież na seks można patrzeć wyłącznie w aspekcie prokreacji. Może to zabrzmi dziwnie, ale ten film jest kolejną realizacją mojego poczucia humoru.

Dlaczego zadedykował pan film Tarkowskiemu? Wiele osób oburzyło się na tę dedykację.

To jeden z najważniejszych filmowców w moim życiu. Szczególnie „Zwierciadło”, które rozgrywa się przede wszystkim w lesie – tak jak mój „Antychryst”. Zadedykowałem więc go Tarkowskiemu, by nie zostać posądzonym o podkradanie pomysłów z jego obrazu. Nigdy nie udało mi się spotkać z Tarkowskim osobiście, ale wiem, że widział mój pierwszy film i stuprocentowo go nie znosił. Wkrótce potem zmarł. Mam nadzieję, że nie przez mój film. Tak to bywa z idolami z poprzedniego pokolenia. Pogodziłem się z myślą, że gdyby zobaczył inne moje filmy, też by ich nie lubił, a na pewno nie polubiłby „Antychrysta”.

Jest pan mizoginem?

Nie, ale na pewno mam problem z kobietami. Wszyscy mężczyźni go mają, nawet jeżeli niektóre z nich bardzo kochają.

Więc gdzie leży problem z kobietami?

Czasem trudno je zrozumieć. I kuszą mężczyzn cały czas. Trudno to wytrzymać. Pewnie teraz napisze pani, że finałowa scena, kiedy setki kobiet bez twarzy idą w kierunku głównego bohatera, to mój koszmar senny, w którym wszystkie one chcą mnie uwieść (śmiech).

W Zentropie zatrudnia pan jednak przede wszystkim kobiety.

To nie ja! To Peter Aalbæk Jensen. Ja bym się nigdy nie otoczył kobietami.

Ma pan świadomość, że sam pan prowokuje nieporozumienia wokół swoich filmów?

Kiedy pracuję, w ogóle o tym nie myślę. Robienie filmu to mała, egoistyczna gra, która ma usatysfakcjonować reżysera. Myślę, że nie da się nakręcić dobrego filmu, równocześnie rozważając, czy przypadnie on do gustu publiczności.

Mówi to pan z przekonaniem, ale równocześnie wygląda pan na zdenerwowanego – trzęsą się panu ręce. Może jednak nie chce się pan przyznać, że zależy panu na publiczności?

To nie dlatego. Teraz i tak moje ręce się uspokoiły, ale w momencie kiedy przystępowaliśmy do kręcenia, drżały tak bardzo, że po raz pierwszy nie mogłem sam trzymać kamery. To skutek uboczny leczenia depresji. Dla mnie to bardzo krępujące, bo nigdy wcześniej nie byłem w stanie, w którym nie mogę sam filmować. Do filmu trafiły trzy sceny, przy których ja byłem operatorem – okropne, nieostre. To samo było z pisaniem. Z każdym dniem choroby coraz trudniej było mi pisać wyraźnie, aż doszedłem do etapu, w którym mogłem tylko zabazgrywać strony koślawymi hieroglifami. To upokarzające doświadczenie – tracić kontrolę nad ciałem. Wciąż trudno mi się podnieść z łóżka, wyjść do ludzi. Gdybym wiedział, ilu dziennikarzy dziś spotkam, pewnie uciekłbym do mysiej nory i próbował przeczekać. Poprosiłem nawet organizatorów, by nie pokazywali mi wszystkich naraz, tylko przyprowadzali mi małe grupy, bo inaczej nie ręczę za siebie. To zupełnie nowe doświadczenie dla osoby, która była całe życie nadaktywna.

Jak się pan odnalazł na planie, nie mając kamery w rękach?

Cały czas towarzyszyło mi uczucie wstydu. Złościło mnie to. Operator jest zawsze najbliżej aktora, komunikuje się z nim bezpośrednio. Tego bardzo mi brakowało, gdy musiałem stać obok. Wydaje mi się, że przez to „Antychrystowi” brakuje fermentu, który ja bym zasiał, mając władzę nad kamerą.

Co pan miał na myśli, mówiąc na konferencji prasowej, że to pana najbardziej dziecinny film?

To, że „Antychyst” jest moim powrotem do obrazów, które towarzyszą mi od dawna, od wczesnej młodości.

Jak zareagowali aktorzy – Charlotte Gainsbourg i Willem Dafoe – na propozycję zagrania w „Antychryście”?

Mieliśmy ogromny problem ze znalezieniem aktorów do ich ról. Wysłałem scenariusz do wielu aktorek. Zwykle oddzwaniali ich agenci i przedstawiali mi wyliczenia procentowe obecności nagości na ekranie, na którą zgadzają się ich klientki. W takich warunkach, przy takich zastrzeżeniach, w ogóle nie da się kręcić filmu. Cały sekret pracy z Charlotte i Willemem polegał na tym, że oboje chcieli zrobić ten sam film, który ja chciałem nakręcić. Nigdy nie robię prób, aktor pracujący ze mną musi być przygotowany na to, że cały wstyd, wszystkie ograniczenia pokona sam, przed rozpoczęciem zdjęć.

Charlotte Gainsbourg dla DZIENNIKA: "Lars jest podły wobec siebie" >>>

Willem Dafoe dla DZIENNIKA: "Moja część intymna jest piękniejsza" >>>

To kolejna prowokacja, że wybrał pan Willema Dafoe, który grał Chrystusa w „Ostatnim kuszeniu…”?

To było zabawne. Reżyserując go, cały czas mówiłem: „Mniej Chrystusa w tej scenie”, albo: „Teraz możesz sobie pochrystusować”