Skąd u wytrawnego dokumentalisty wzięła się potrzeba zrobienia filmu fabularnego?

Jacek Bławut: Decyzja zapadła już jedenaście lat temu, kiedy wpadłem na pomysł i napisałem pierwszą wersję scenariusza. Byłem wtedy młody i chciałem w końcu ten debiut w fabule mieć za sobą (śmiech). Ale mówiąc poważnie, ta potrzeba była trochę wynikiem moich zmagań z odpowiedzialnością. Kiedy robię dokumenty, muszę dbać o to, żeby chronić bohatera, pamiętać o historii, którą opowiadam, nie zrobić krzywdy człowiekowi, z którym przebywam. To są poważne ograniczenia. Myślałem, że przy filmie fabularnym można trochę poluzować, że ta odpowiedzialność będzie mniejsza...

I można? Poluzował pan?

No, właśnie nie bardzo. Myślałem, że będzie lżej. Tymczasem tak naprawdę odpowiedzialność jest taka sama. Cały czas czułem się odpowiedzialny za swoich aktorów. Nie chciałem im zrobić krzywdy, nie chciałem, żeby się czuli skrępowani, chciałem za to zyskać sympatię dla ich starości, tak samo, jak starałem się oswajać widzów z innością bohaterów moich dokumentów: „Nienormalnych”, „Born Dead”, „Szczura w koronie” czy nawet „Wojownika”. W tym sensie opowiadanie o starości jest naturalną konsekwencją mojej drogi dokumentalnej.

Nie do końca więc udało się panu pozbyć w „Jeszcze nie wieczór” natury dokumentalisty. A może nie chciał się pan jej pozbywać?

No, wręcz przeciwnie…Chciałem, żeby pretekst fabularny posłużył do opowiedzenia o czymś, co mnie najbardziej interesuje, czyli o ludziach, o ich spojrzeniu na siebie samych, na życie. Od tej dokumentalnej ciekawości świata jakoś nie potrafię się uwolnić. W ten sposób szukam sensu.

Ta sama ciekawość kazała panu zrobić wcześniej „Nienormalnych”, „Born Dead”, „Szczura w koronie”, „Wojownika”?

Tak. Ciekawość, która zawsze kończy się tym, że wychodzę ze spotkań ze swymi bohaterami odrobinę dojrzalszy.

A jak w ogóle narodził się pomysł „Jeszcze nie wieczór”?

W 1996 roku kręciłem dla niemieckiej telewizji dokument o domach starości. Tak trafiłem do domu aktora w Weimarze. Poznałem tam aktorkę. Miała 99 lat. I poznałem technika teatralnego, który przez całe życie się w niej kochał. Jak już dożył wieku emerytalnego, poszedł za nią do tego domu. Z miłości. Tyle że ona już była umierająca. Odbijając się od tej autentycznej historii, napisałem scenariusz dla niemieckich aktorów i znającego perfekcyjnie niemiecki Leona Niemczyka. Telewizja Polska mnie namówiła, żeby tego tematu nie marnować i zrobić ten film nie w Weimarze, tylko w Skolimowie. Pojechałem tam i zrezygnowałem w końcu z niemieckiej oferty. Średnio na tym wyszedłem, bo potem przez jedenaście lat co roku obiecywano mi pieniądze na realizację, kolejni aktorzy w tym czasie umierali, filmy robili inni, a ja ciągle zostawałem z niczym. No, ale w końcu się udało.

A czy pana film miał być w zamyśle także protestem przeciw usuwaniu starości poza nawias zinfantylizowanej kultury?

Trochę tak. Wszędzie gdzie się nie obejrzeć sami młodzi. A ta młodość jest tak nieciekawa, niefilmowa, pospolita. Oni niczym nie promieniują, ci młodzi. Bo czym mają promieniować, jak niczego nie przeżyli. Aktorzy, dopiero starzejąc się, stają się interesujący, głębsi, prawdziwsi. I ci amerykańscy, i ci nasi – Gajos, Zapasiewicz, Nowicki...

No właśnie, Nowicki. Łatwo go było kontrolować?

Kontrolować? To niewykonalne. Janek jest świadomy własnej ekspresji i szarży, którą wykonuje. Ja go tylko przekonałem do takiego „dokumentalnego” grania, i on się w tym odnalazł. Śmieszy mnie czasem, jak piszą, że to i to było zrobione dokumentalnie, a tamto fabularnie. Bo czasem te niby-dokumentalne sceny kręciliśmy dwa dni, i na odwrót, te niby-wycyzelowane powstawały w wyniku spontanicznej improwizacji.

Zamierza pan pójść za ciosem i nakręcić jeszcze jakąś fabułę?

Na początek chyba wrócę do dokumentu. Robiąc filmy dokumentalne, ciągle zmierzam ku nieznanemu i jeszcze mi się to nie znudziło. Chcę skończyć wreszcie temat, który dokumentuję od kilku lat i który roboczo nazwałem „Wirtualna wojna”. Wchodzę tam w świat internetu, alternatywnej rzeczywistości, która wypiera realność. Ostatnio zadzwonił też do mnie jeden z bohaterów „Nienormalnych”, który zamierza z dzieci upośledzonych stworzyć orkiestrę symfoniczną i z nią występować. Zamierzam zrobić z tego fabułę, bo środki czysto dokumentalne przy tym temacie za bardzo by mnie chyba ograniczały. Ale do czystej fabuły nie odejdę nigdy. Jakbym miał zrobić taki film, z którego z pierwotnego zamierzenia zostanie może 30 procent, chyba bym oszalał.