Pojawienie się w telewizji "Jackass" było linią demarkacyjną oddzielającą dwa pokolenia. Moje, wychowane w latach 70. i 80., oczekiwało od telewizji mądrości albo artyzmu. Gdy oglądaliśmy MTV – dla mojego pokolenia jeden z ważniejszych kanałów telewizyjnych – patrzyliśmy na ambitne teledyski alternatywnych zespołów w programach "120 Minutes" czy "Alternative Nation". Wieczorna MTV była dla nas synonimem ambitnej, niezależnej telewizji, promującej to, co najlepsze w rocku alternatywnym oraz innych zyskujących na znaczeniu gatunkach muzycznych.

A potem przyszedł "Jackass". Wtedy moje pokolenie przełączyło kanał na TVN 24, ostatecznie zrywając z młodością. Przyszło nam dorosnąć i od tej pory na wygłupy młodzieży patrzeć z pogardliwą wyższością.

"Jackass" – czyli głupek, idiota – w MTV pojawił się w roku 2000. Jego pomysłodawcą był kaskader Johnny Knoxville, który podczas najbardziej dziwacznych wyczynów kaskaderskich testował wytrzymałość swoją i swoich kumpli. To, co dla jednych było zwykłą głupotą, innym wydało się programem rewolucjonizującym telewizję.


Bowiem nigdy wcześniej na ekranach telewizorów nie można było oglądać dziwaków, którzy naprawdę okaleczali się, psikali sobie w twarze gazem łzawiącym albo gaśnicami, przekłuwali sobie pośladki, doprowadzali się do wymiotów, pijąc litry mleka, prowokowali psy, by ich atakowały, zjeżdżali z górki na sedesie z kółkami, skakali z dachów na parasolkach. Wszystko ku uciesze widza.

Kolejne edycje programu – takie jak "Viva La Bam" albo "Homewreckers" – proponowały nowe i coraz głupsze pomysły. W odcinku afrykańskim uczestnicy programu przykładali sobie do ciał złapane wcześniej dzikie pszczoły, by ich żądliły. Była też próba sprawdzenia, jaki ból sprawia mały aligator gryzący męskie sutki czy wystrzeliwanie fajerwerków umieszczonych w pupie.

Być może najobrzydliwszy był odcinek, w którym jeden z członków załogi "Jackassa" założył sobie na głowę specjalny hełm zakończony rurą, przez którą do jego wnętrza dostawały się – wybaczcie – pierdnięcia jego kolegi. Oczywiście wszystko kończy się wymiotami.

Można by te debilne obrzydlistwa opisywać w nieskończoność. Trzeba zresztą przyznać twórcom cyklu, że nie brakuje im durnych pomysłów. Rzeczywiście inwencją prześcigają wszelką konkurencję. Niektóre skecze wywołują niezamierzony śmiech, choćby próba trafienia kijem golfowym w piłeczkę leżącą na brzuchu uczestnika, w okolicy jego genitaliów. Tak głupie, że aż zabawne.


Przed pojawieniem się "Jackass" były w telewizji granice głupoty, istniały paskudztwa, których stacje nie chciały emitować. Teraz już ich nie ma. Ten program pokazał ponadto, że nie tylko ludzie dla zabawy poddają się sadomasochistycznym praktykom, ale też, że widzowie – znudzeni telewizją – chętnie na tych pierwszych patrzą.

To miał być punk nowej ery, dzikość wbrew wszystkiemu, bunt przeciw wszelkiej konwencji. Ale nie należy przeceniać kulturowego znaczenia "Jackass". Po prostu walenie kulą kręglową w genitalia stało się jedną z form spędzania wolnego czasu – to wszystko.

Jednak znaleźli się krytycy, którzy dostrzegli w tym nowy ruch a la punk rock, a Johnny’ego Knoxville’a obwołali Johnnym Rottenem lat 2000. Dlaczego? Bo w erze wielkich wyreżyserowanych spektakli, gwiazd wymyślonych przez działy marketingu znalazła się grupa ludzi, którzy za małe pieniądze, używając własnych kamer, robili coś megaspontanicznego, niewykalkulowanego. Autoagresja jako wyraz buntu? Być może.

"Jackass" doczekał się już dwóch filmów kinowych, teraz dostajemy wersję 3D. Oglądać obrzydliwości w trójwymiarze? Niech to robią punki z 2010 roku. My, starzy, zostaniemy raczej przy nudnych, tradycyjnych klipach z koncertów Sex Pistols.

JACKASS 3D | USA 2010 I reżyseria: Jeff Tremaine I obsada: Johnny Knoxville, Bam Margera I dystrybucja: UIP I czas: 94 min