Thomas ze "Słabego punktu" przypomina nieco Hannibala Lectera. Ta rola ciągle pana prześladuje?

I tak, i nie. Rzeczywiście, "Słaby punkt" to najlepszy scenariusz, jaki wpadł mi w ręce od czasu "Milczenia owiec". Tak naprawdę dopiero dzięki tamtemu filmowi zaistniałem na dobre w świadomości Amerykanów. Żaden z moich poprzednich filmów realizowanych wcześniej w Anglii czy USA nie odniósł takiego sukcesu, bym mógł porzucić teatr, gdzie zarabiałem na utrzymanie. A chciałem to zrobić, bo nigdy nie czułem się dobrze na scenie. Nie mam odpowiedniego temperamentu ani osobowości. Myśl, że miałbym spędzić resztę życia, grywając w sztukach Szekspira, wydawała mi się wystarczającym powodem, by podciąć sobie gardło.

Mam w to uwierzyć?

Tak, bo ja w głębi duszy jestem filistrem i umiem się do tego przyznać. "Milczenie owiec" napsuło mi też trochę krwi. Jeszcze przez długi czas po premierze nie mogłem spokojnie jadać lunchów czy kolacji w mieście. Wielu kelnerów w Hollywood to dorabiający aktorzy i ci nie szczędzili mi pytań w rodzaju: "a może móżdżek?" albo prześcigali się w cytowaniu dialogów z filmu. Pewnego dnia zaprosiłem na "Milczenie owiec" moją przyjaciółkę. Kiedy po projekcji zapytałem ją, czy podobał jej się film, dziwnie na mnie spojrzała i zaczęła... krzyczeć. To ciekawe, że ludzie nawet po wielu latach od premiery bardzo emocjonalnie reagują na Lectera. Myślę, że to była świetnie napisana rola, a ja miałem wielkie szczęście, że udało mi się ją zagrać. Przełożyłem ją tylko na język kina, i to wszystko.

Mówi pan o tym tak, jakby to nie było nic nadzwyczajnego.

(śmiech!) Można mi wiele zarzucić, ale nie to, że jestem kabotynem, tak jak wielu aktorów. Ja po prostu dokładnie czytam scenariusz, uczę się na pamięć moich kwestii. Jestem dobry w tym, co robię. Potem biorę czek i jadę do domu, żeby trochę odpocząć. Aktorstwo to rzemiosło, które ciągle daje mi radość, ale nie ma nic wspólnego z misją. Nic nadzwyczajnego. Co innego kierowca karetki pogotowia albo lekarz - od ich działania zależy ludzkie życie. Prawdę mówiąc, zostałem aktorem tylko dlatego, że nie potrafiłem robić niczego innego. Tymczasem dziś irytuje mnie, kiedy niektórzy młodzi aktorzy z tendencją do aktorstwa naturalistycznego nie mogą uwolnić się od nadmiaru emocji. Czasem zdarza mi się więc... szczekać na planie. Dla rozładowania napięcia po prostu. Aktor nie powinien traktować się zbyt poważnie. To tylko film, nie koniec świata.

Nie zawsze pan tak myślał o aktorstwie, prawda?

Kiedy byłem młody i zacząłem odnosić pierwsze sukcesy, przyznaję - trochę mi odbiło... Nie, nie w tym sensie, ze nagle uwierzyłem w swoją wielkość. Mój problem polegał na zbyt wygórowanych ambicjach i przesadnej perfekcyjności. Na próbach zachowywałem się okropnie. Doprowadzałem reżyserów do szału. Pamiętam takie przedstawienie "Makbeta" na West Endzie w Londynie: zszedłem ze sceny w połowie spektaklu, bo wydawało mi się, że to, co robię, nie ma sensu. Dzisiaj wiem, że to było głupie, szczeniackie i nigdy bym sobie na coś podobnego nie pozwolił. Do tego dużo piłem. Nie mogłem poradzić sobie z własną popularnością. Ona mnie przytłaczała. Musiałem jakoś się od niej zdystansować.

Jest pan wyjątkowym rozmówcą. Sławni aktorzy jak ognia unikają poruszania tematów swoich uzależnień i kłopotliwych faktów z przeszłości.

Mówię o tym dlatego, że udało mi się z tego wyjść. Udowodniłem, że można. W jakimś momencie mojego życia, a było to ponad 30 lat temu, naprawdę znalazłem się na dnie. Codziennie wypijałem butelkę tequili, po której miewałem halucynacje. Wydawało mi się na przykład, że jestem Janem Chrzcicielem i rozmawiam z morzem w Malibu. W nocy lunatykowałem. To nie są przyjemne wspomnienia, ale ja nie żałuję tego okresu i nie udaję, że byłem kimś innym, ponieważ te doświadczenia bardzo mnie wzbogaciły jako człowieka i aktora. Wprawdzie moja żona nadal uważa mnie za wariata, ale z wiekiem złagodniałem.

Czy po zagraniu ponad 100 ról teatralnych i filmowych aktorstwo jeszcze pana pociąga?

Tak, jeśli trafię na dobry scenariusz i reżysera, który wie, czego chce. Jednak stałem się bardziej wybredny niż kiedyś. Przez wiele lat przyjmowałem prawie wszystkie propozycje. Bałem się, że jeśli którąś odrzucę, już nigdy nikt do mnie nie zadzwoni. A jednak teraz, kiedy przestałem czekać na telefon, okazało się, że ciągle mnie jeszcze chcą. (śmiech!) Warto grać, dopóki granie sprawia radość. Jakiś czas temu za namową mojej żony Stelli powróciłem do muzyki i malarstwa, które kiedyś zarzuciłem. Jeśli więc któregoś dnia skończy się popyt na mnie jako aktora, jakoś to przeżyję. Od dziecka grałem amatorsko na pianinie, ale wydawało mi się ze nie mam dość talentu, by pójść tą drogą. Jakieś 10 lat temu odkryłem radość komponowania. Ścieżka dźwiękowa do filmu "Sierpień" to moje dzieło. Coraz bardziej pochłania mnie także malowanie. Oczywiście nigdy nie będę Picassem, którego zagrałem w filmie, ale tak jak on nauczyłem się czerpać radość z wolności, jaką daje twórcza ekspresja. Niedawno sprzedałem kilka moich obrazów, przeznaczając dochód na cele dobroczynne.

Jest pan dzięki temu człowiekiem szczęśliwym i spełnionym?

Tak, to, co robię, uszczęśliwa mnie. Nie stawiam już sobie żadnych nowych wyzwań. Właściwie żyję chwilą, cieszę się drobnymi przyjemnościami. Szkoda, że człowiek dopiero w dojrzałym wieku odkrywa, że tracił czas i energię na tak nieistotne rzeczy, jak udowadnianie światu, że jest dobrym aktorem. Tymczasem trzeba kochać życie, bo tak szybko mija, nie brać wszystkiego ze śmiertelną powagą, ale oczywiście robić swoje, bawiąc si przy tym jak najlepiej.

Jedną z moich ulubionych postaci granych przez pana jest kamerdyner w "Okruchach dnia". Ciekawa jestem, do której ze swoich licznych ról najchętniej wraca pan we wspomnieniach?

Stevens w imię absurdalnie pojmowanej lojalności wobec swojego chlebodawcy rezygnuje z własnego szczęścia i niezależności. Trudno to pojąć, ale bycie perfekcyjnym służącym stanowi sens jego życia. Obawiam się, że takich ludzi jak mój bohater jest wbrew pozorom bardzo wielu. Ja nie potrafię wymienić jakiejś jednej mojej ulubionej roli. Mogę za to powiedzieć o jednej z najtrudniejszych. To Nixon w filmie pod tym samym tytułem. Dla mnie granie amerykańskiego prezydenta było wielkim wyzwaniem dla wyobraźni. Kiedy Oliver Stone zaproponował mi tę rolę, odmówiłem. Wtedy przyleciał do Londynu i spytał: "Co, pękasz? Chcę, żebyś to ty zagrał, bo powiedziałeś w jednym z wywiadów, że czujesz się jak outsider". Miałem do wyboru udział w nudnym, ale bezpiecznym serialu dla BBC albo pracę z szalonym Stone’em, która mogła zakończyć się wielką klapą lub wielkim sukcesem. Zaryzykowałem. Moja niepokorna natura znów dala o sobie znać.

W tym roku skończy pan 70 lat. Ma pan jakieś niespełnione marzenie?

Hm... właściwie tylko jedno! Chciałbym zagrać w filmie wyreżyserowanym przez Clinta Eastwooda. Fenomenalnie się rozwinął. Uważam, ze jest jednym z najlepszych amerykaskich reżyserów. A jaki to przy tym fantastyczny aktor! Ja nigdy nie uważałem się za aktora wybitnego. Miałem tylko dużo szczęścia.