Kręci pan jeden tytuł rocznie. Realizuje na przemian filmy komercyjne, bijące rekordy popularności, i kameralne obrazy autorskie.Trudno je klasyfikować...

Bardzo mi się to podoba - nie znoszę etykietek. Dlatego wykonuję ten zawód. Kocham wolność.

A może te filmy reprezentują dwie przeciwstawne strony pana osobowości?

W pewnym stopniu na pewno tak. W filmach bardziej osobistych eksploruję moje wewnętrzne demony. Staram się jednak zbytnio ich nie eksponować, bo na dłuższą metę to męczy i mnie, i widzów. Lepiej się śmiać, uwielbiam bawić publiczność. Zresztą jedno nie wyklucza drugiego. Poza tym mam w sobie ogromną ciekawość świata, nie chcę zamykać się w obrębie jednej problematyki czy gatunku. Nie znoszę rutyny, nie lubię się powtarzać. Pozostałem entuzjastą. Nie oznacza to, że rozmieniam się na drobne: moim jedynym kryterium wyboru pozostaje przyjemność. Decyduję się na zrobienie filmu tylko wtedy, kiedy mi się podoba.

Próbował pan sił jako aktor, rysownik, autor dialogów i scenarzysta...

Aktorem bywałem okazjonalnie, żeby sprawić przyjemność kolegom. Różnorodność zawsze bardzo mi odpowiadała. Pracuję dużo w teatrze, ostatnio napisałem operetkę, piszę teksty piosenek... Czuję ogromny głód twórczości. Żyje się tylko raz, a życie jest krótkie! Być może pewnego ranka obudzę się zupełnie wyprany z energii i nic już nie zdziałam, ale na razie wciąż podniecają mnie nowe wyzwania. Wiem, że moja sytuacja jest doskonała: wykonuję wspaniały zawód, spotykam wyjątkowych ludzi, dobrze zarabiam.

Zadebiutował pan w epoce "bandy Splendida" i Coluche’a - był to wiek świetności francuskiej komedii aktorskiej opartej na prowokacji i absurdzie. Czy nie jest panu trochę żal tego okresu, kiedy wszystko wydawało się możliwe?

Żyliśmy w klimacie absolutnej beztroski, który już dzisiaj nie istnieje. Było nam wszystko jedno, gdzie będziemy spali i co będziemy jedli następnego dnia. Byliśmy razem i mieliśmy naszą młodość. Bawiliśmy się do utraty tchu, czuliśmy się wolni i kochaliśmy życie. Tak, ta epoka już nie wróci... Teraz zabrzmiałem jak zgorzkniały starzec.

Często podejmuje pan wątek samotności.

Uwielbiam być sam, ale tylko gdy w moim życiu są kochający mnie ludzie. Samotność staje się wtedy luksusem, chwilowym wyborem. Samotność jako zjawisko jest jednak czymś zupełnie innym: jest rezultatem określonej kultury i wypadkową nowych technik, które coraz bardziej izolują jednostkę. Taka samotność jest przerażająca. Kiedy w Paryżu uśmiechamy się do kogoś, spotykamy się ze zdziwieniem albo z agresją.

W pana filmach powraca też temat spotkania dwojga ludzi - dwóch losów. Czy kręci pan wciąż tę samą filozoficzną baśń?

Może i tak. Moim najbardziej baśniowym filmem, takim, który mógłby nosić tytuł stylizowany na dzieła La Fontaine’a, jest "Mój najlepszy przyjaciel". Morał opowieści jest prosty: możemy się zmienić na lepsze tylko wtedy, kiedy otworzymy się na innych ludzi. Nie możemy żyć bez przyjaźni i miłości, musimy wciąż wyciągać ramiona do świata. To również moje zdanie. Moje filmy mówią o spotkaniu z drugim człowiekiem - miłosnym, przyjacielskim, sentymentalnym. Dzisiaj ludzie stracili ochotę, by poznawać innych, i dlatego są tak nieszczęśliwi. Nie chciałbym jednak wyjść na skończonego pesymistę: przyjmijmy, że jestem realistą.

Pana filmy odsyłają do dzieciństwa - człowiek jest tak samo samotny w wieku siedmiu i 40 lat. Działają jak katharsis...

Nie robię tego z premedytacją. Przyznaję, że wszystko, co odnosi się do dzieciństwa - mojego, moich dzieci, późniejszych pokoleń - jest mi szczególnie bliskie. Nie będę opowiadał, że udało mi się zachować duszę dziecka, ale moja inspiracja rodzi się z niewinności niepozwalającej mi na zajęcie się czymś poważniejszym. Dorośli są poważni, dzieci cechuje lekkość, są jak mydlane bańki. Nie ufam śmiertelnej powadze, dlatego nigdy nie kręciłem filmów politycznych czy rozrachunkowych. To kwestia temperamentu. Ja chcę się bawić.

Powtarza pan też, że należy być wiernym sobie, bliskim, własnym poglądom...

Tak żyje się lepiej, prawda? Należy jednak umieć pozostać wiernym sobie i jednocześnie akceptować zmiany – inaczej grozi nam totalna skleroza. W życiu należy praktykować wierność w zmiennych konfiguracjach - nie myślę o parach małżeńskich! (śmiech)

Czy uważa się pan za twórcę zaangażowanego?

Nie zaczynam pracy nad filmem, mówiąc: przekażę im to i to. Pamiętam jednak, że kilka lat temu oglądałem w telewizji wywiad z Wimem Wendersem. Na pytanie "Dlaczego jest pan filmowcem?" odpowiedział: "Bo pragnę, żeby świat stał się lepszy". W pierwszej chwili pomyślałem: "Ten to ma tupet!" Ale miał rację - nasze filmy nie zmienią świata, ale jeśli uda nam się przekazać w nich ideę czy uczucie, które choćby trochę go poprawią, wygraliśmy. Tak czy owak, lepiej jest robić coś, co ulepsza świat, niż coś, co czyni go gorszym. Bo istnieją również i takie filmy. Nie wymalowałem wypowiedzi Wendersa na sztandarze, nie stałem się Joanną d’Arc, ale wiem, że mógłbym powiedzieć to samo. Chcę poprawić świat. Nie uważam się jednak za demiurga, nie potrafiłbym się bawić w głębszą filozofię.

"Mój najlepszy przyjaciel" mówi, że nie należy igrać z przyjaźnią. Czy sam ma pan najlepszego przyjaciela?

Jeśli uczucia zostałyby nam odebrane, bylibyśmy najnieszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Lepiej już chyba skoczyć z balkonu! , Kiedy zaczynałem moją karierę, miałem najlepszego przyjaciela, później jednak przeprowadził się do innego kraju i nasze drogi się rozeszły. Odpowiadał określonej epoce mojego życia. Nikt go nie zastąpił, chociaż jest kilku przyjaciół, na których mogę liczyć.

Lubi pan wielkich aktorów i postaci sceny. W pana filmach grali Daniel Auteuil, Alain Delon, Belmondo, Juliette Binoche, piosenkarze Johnny Hallyday i Vanessa Paradis.

Kocham kino i aktorów. Znani aktorzy są z reguły bardzo dobrymi aktorami i dlatego lubię z nimi pracować. Przyjemniej jest mieć na planie kogoś, kto bez słów rozumie, czego od niego oczekuję, niż męczyć się z anonimowym debiutantem. Daniel Auteuil jest dla mnie Stradivariusem sztuki aktorskiej - dlaczego więc mam sobie odmawiać obcowania z nim? Kiedy robię casting do filmu, nie odhaczam kolejnych pozycji mówiąc "ten nie, z tym już pracowałem". Pozostaję wierny moim uczuciom - wybieram osoby, z którym mam ochotę być, które dają mi radość. Wspomniała pani o Johnnym Hallydayu - to on mnie wybrał, nie ja jego. Nasze spotkanie było zresztą bardzo zabawne: Johnny zaczepił mnie na uroczystości rozdania Cezarów i przedstawił się z wielką powagą - to tak jakby De Gaulle podszedł do kogoś, mówiąc: "Dzień dobry, nazywam się Charles de Gaulle, może pan o mnie słyszał".

Wspomniał pan o Danielu Auteuilu. W „Moim najlepszym przyjacielu” pracował z nim pan już po raz trzeci. Jest nie do zastąpienia?

Bardzo go lubię i cenię. To ktoś, kto nadaje na tej samej długości fal. Mamy te same pasje, jesteśmy praktycznie w tym samym wieku, darzymy się zaufaniem. Kiedy powiedziałem niedawno, że po trzech, czterech kolejnych filmach zakończę karierę, Daniel okropnie się zdenerwował. - Zabraniam ci tak mówić, nie masz prawa tego zrobić, zupełnie oszalałeś! - krzyczał. Po tygodniu zadzwonił ponownie: - Patrice, tu Daniel. Zastanowiłem się i akceptuję twoją decyzję pod warunkiem, że zrobisz wszystkie te filmy ze mną.

Dlaczego właściwie chce pan zakończyć swą karierę? Czy dlatego, że odniósł pan tak ogromny sukces "Opalonymi" (ponad 10 milionów widzów w samej Francji) i że może pan sobie na to pozwolić?

To nie ma nic wspólnego z sukcesem. Kocham ten zawód do tego stopnia, że nie chciałbym ryzykować - boję się, że pewnego dnia utracę entuzjazm i pasję. Nie jestem już najmłodszy, dlatego pragnę przestać robić filmy, zanim zacznie mnie to męczyć. Poza tym chciałbym podróżować, pisać scenariusze, reżyserować w teatrze. Dotychczas nie miałem na to czasu. Chciałbym żyć spokojniej, ale nie oznacza to przecież, że będę łowić ryby. Bądźmy szczerzy: czy nie uważa pani, że na świecie żyje wielu starych realizatorów, którzy powinni pójść na emeryturę dla dobra wszystkich?

Dlaczego wspomniał pan o trzech filmach do zrealizowania, a nie na przykład o pięciu?

Od pewnego czasu pracuję nad trzema projektami, znajdują się obecnie w całkiem zaawansowanym stadium. Jeden z nich dotyczy amerykańskiej adaptacji powieści Simenona "Narzeczona pan Hire" autorstwa Paula Austera, drugi to film z Vanessą Paradis, o trzecim nie chciałbym na razie mówić. Nic nie jest jeszcze definitywne, nie podpisałem żadnego cyrografu. Rezerwuję sobie prawo ostatecznego wyboru. Kto wie?