Już po raz trzeci Spider-Man zarzuca swoją pajęczą sieć na spragnionych emocji widzów. Filmowe adaptacje komiksów weszły do stałego repertuaru amerykańskiego kina. Zawsze były reżyserowane przez fachowców, a nawet przez mistrzów ("Popeye" Roberta Altmana), ale dopiero dziś znaleziono na nie sposób - nie szczędząc kasy, przede wszystkim zaś angażując reżyserów, którzy wyrośli na kulturze komiksu i czują jego rytm. A co najważniejsze, umieją wydobyć z komiksowych historii ich intelektualne i psychologiczne walory.

Superbohaterowie w trykotach są bowiem tak naprawdę nosicielami archetypów, zaś ich historie stają się emanacjami mitów założycielskich zachodniej kultury – przykrojonych oczywiście do wrażliwości przeciętnego amerykańskiego nastolatka. Dzięki inteligencji takich wirtuozów kamery jak Tim Burton, Brian Singer czy Sam Raimi (reżyser najnowszego "Spidermana") - ilmowe opowieści funkcjonują jakby na dwóch planach. Pierwszy to po prostu ekranowa rzeczywistość pełna emocjonujących wydarzeń. Drugi - ten głębszy - to przestrzeń archetypowa, wręcz metafizyczna, w której postaci takie jak Batman, Superman czy Spider-Man stają się odpowiednikami Chrystusa, Prometeusza czy Edypa.

Zwłaszcza symbol Chrystusa jest w amerykańskiej popkulturze niezwykle żywy. Wystarczy przywołać choćby jej sztandarową postać - Neo z "Matriksa" - będącego, zwłaszcza w ostatniej części tryptyku "Matriksie-Rewolucjach" figurą wprost nawiązującą do mesjańskiego typu realizowanego przez Chrystusa. Paradoksalnie, to właśnie amerykańska popkultura, szczególnie filmowa, staje się polem propagowania moralnych, chrześcijańskich - czy może bardziej judeo-chrześcijańskich - wartości. Producenci tego typu widowisk w żadnym razie nie uprawiają jednak otwartego moralizatorstwa, mając na względzie przede wszystkim merkantylny cel swych projektów. Ale ich filmy bardzo często zawierają odwołania do mitów, najczęściej do mitu mesjańskiego.

Innymi słowy, to co dawniej realizowane było w pełni przez kino artystyczne, zwłaszcza europejskie, w widowiskowej formie kontynuuje kino amerykańskie. Oczywiście można zrobić z tego zarzut, jak czyni to Michael Medved w swej słynnej książce "Hollywood vs. America", w której oskarża amerykańską fabrykę snów o "przejmowanie" religijnych wzorców w celu ich skomercjalizowania, a tym samym pozbawienia aury świętości. Z drugiej jednak strony owe symbole stają się na tyle żywe, że przezwyciężają narzucone im przez rynek funkcje i odzyskuj swoją kulturową potencję.

W raczej niedocenionym w Polsce filmie "Constantine", według bestsellerowego komiksu "Hellblazer" Gartha Ennisa i Jamie Delano, śledzimy historię cywilnego egzorcysty, którego gra znany z "Matriksa" etatowy, filmowy zbawiciel Keanu Reeves (co warte podkreślenia, zagrał on również samego księcia Siddharthę w "Małym Buddzie" Bertolucciego). Tytułowy bohater toczy nierówną walkę z siłami ciemności, reprezentowanymi przez zbuntowanego anioła Gabriela. Film ten jest w rzeczywistości jedynie parabolą sytuacji człowieka głęboko wierzącego, którego wiara graniczy wprost ze schizofrenią i który zamiast otaczającego go "normalnego" świata, widzi jego istotę - odwieczną arenę walki dobra ze złem, sferę zamieszkałą przez anioły i demony.

Nawiasem mówiąc, to prawdziwy paradoks, że od 1988 roku, czyli od sławetnego "Ostatniego kuszenia Chrystusa" Scorsese, żadne wielkie studio hollywoodzkie nie zrealizowało literalnej opowieści o Jezusie. A zarazem w tym samym czasie, kiedy Mel Gibson, starając się o dofinansowanie swej "Pasji", odchodził z kwitkiem z biur największych producentów filmowych, wytwórnia Warner łożyła miliony na widowiska w stylu "Matrix" czy "Constantine", będące tak naprawdę zakamuflowanymi historiami o Mesjaszu.

Zresztą cały panteon komiksowych bohaterów, którzy ostatnio z powodzeniem przechodzą na duży ekran, ma swój mityczny czy wprost chrześcijański rodowód. Najjaskrawszym przykładem jest pochylający się troskliwie nad cierpiącymi ludźmi Superman - wymyślony w 1938 roku przez Jerry’ego Siegela i Joe Schustera.
Takim tropem poszedł zresztą Brian Singer w najnowszej, spektakularnej wersji przygód superczłowieka pt. "Superman. Powrót". Widać to zwłaszcza w jednej z ostatnich scen filmu, kiedy Superman wyciąga z morza rodzinę swej wielkiej miłości - Lois Lane. Kryptonita trzyma za rękę męża kobiety, który z kolei podtrzymuje żonę i syna. To przecież obraz niemalże jak z niedzielnej szkółki: gwarantem życia człowieka staje się istota nadludzka - Bóg.

"Superman. Powrót" operuje jednak dużym uproszczeniem. Znacznie ciekawszy wydaje się wcześniejszy film Singera, inny kasowy hit - "X-Men", rozpoczynający się sceną z hitlerowskiego obozu koncentracyjnego. Ten film buduje jasną analogię pomiędzy historią narodu wybranego, przez lata prześladowanego z powodu swej odmienności, a losem zmutowanych herosów, dla których wyjątkowość jest tyleż błogosławieństwem, co przekleństwem. Takie ujęcie tematu zgadza się z intencjami autora komiksowego oryginału Stana Lee, który tworząc swoich tragicznych mutantów, chciał opisać wieloetniczną Amerykę lat 60. - trawioną rasowymi i obyczajowymi uprzedzeniami.

Spider-Man jest zdecydowanie bliższy pełnym rozterek postaciom z "X-Men” czy Chrystusowi z "Ostatniego kuszenia..." Scorsese, człowiekowi wątpiącemu w swą boskość. Wydaje się, że właśnie ów ludzki aspekt Odkupiciela zaczyna wysuwać się we współczesnych superprodukcjach na pierwszy plan. W nieskazitelnym wizerunku wszechmocnego, umięśnionego, zawsze niezawodnego wybawcy pojawiają się rysy, ale to właśnie rysy sprawiają, że postacie zyskują psychologiczną głębię, stają się bliższe widzom, a przez to bardziej realistyczne.

Śmiem twierdzić, że "Spider-Man 3" to najlepsza, jak dotąd, ekranowa wizja losów herosa z komiksowego uniwersum Marvela. Film Sama Raimiego (mistrza filmowego campu, twórcę kultowych, niskobudżetowych horrorów z cyklu "Evil Dead" - który wciąż potrafi się bawić w kino, mimo że to kino kosztuje już miliony dolarów) to przede wszystkim opowieść o dojrzewaniu, o wchodzeniu w dorosłość, o dorastaniu do odpowiedzialności.

Niesamowita moc rodząca się w bohaterze po ukąszeniu radioaktywnego pająka, symbolizuje życiową, seksualną potencję, z którą w wieku dojrzewania musi się skonfrontować nie tylko Peter Parker vel Spider-Man, z wdziękiem grany przez Tobey’ego Maguire’a, ale każdy nastolatek zaczytany w komiksowych przygodach "Pajączka" i podkochujący się w swej własnej (zwykle trudno dostępnej) "wersji" Mary Jane.