Widział pan kiedyś na żywo takie przedstawienie, jakie pokazano w "Pani Henderson" - nagie dziewczyny na scenie upozowane na nieruchome rzeźby?
Tak, miałem wtedy pięć lat!

Pięciolatek w Teatrze Windmill? To nie był przecież teatr familijny.
Ależ jak najbardziej! Pamiętam to doskonale. Rodzice zabierali mnie na różne przedstawienia, przede wszystkim do Hipodrom Odeon na przedstawienia komików: Maxa Millera, Jimmy'ego Jamesa, cały ten szalony cyrk. Przedstawienie w Windmill było tylko jednym z wielu. Pomyślałem wtedy: to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem! Oczywiście nie wzbudziło we mnie erotycznego pożądania, bo byłem małym dzieckiem. Ale pamiętam też inne dzieciaki biegające między rzędami w trakcie spektaklu, więc zdecydowanie był to show familijny, a oprócz nagich dziewczyn występowali też komicy. Twórcy słynnego The Goon Show - Peter Sellers, Spike Milligan - zaczynali właśnie w teatrze Windmill. Zapewne dzięki tym spektaklom mieliśmy później takich komików jak Monthy Pyton. To oni zmienili angielski humor.

Film sugeruje, że menadżera Windmill Viviena Van Damma i niektre dziewczyny z rewii łączyło coś więcej niż stosunki służbowe. Myśli pan, że rzeczywiście tak było?
Wydaje mi się, że faktycznie mógł sobie tu i tam trochę pofolgować. Ale nie przypuszczam, aby kiedykolwiek je wykorzystywał. Wszystkie aktorki z teatru Windmill, które osobiście spotkałem, a które mają dziś 80, 90 lat, wyrażają się o nim w samych superlatywach. Wiem na przykład, że podczas wojny, gdy obowiązywały kartki żywnościowe, co tydzień zabierał dziewczyny do jednej z bardzo dobrych restauracji. Pilnował, aby przynajmniej raz w tygodniu zjadły porządny, ciepły posiłek. Niewielu szefów by na to wpadło, nawet dziś. Nie mogło im więc być tam źle. Myślę, że niektóre z nich mogły od czasu do czasu oferować swoje wdzięki w ramach wdzięczności.

Określił pan kiedyś Hollywood jako dom wariatów. Co miał pan na myśli?
Naprawdę tak powiedziałem? Proszę, jaki wygadany ze mnie gość… Hollywood jest w porządku. Robi dokładnie to, co obiecuje, czyli daje ci sławę i pieniądze. I to jest OK. Ale nigdy nie chciałem tam mieszkać. Zabieraj kasę i w nogi! Był moment, kiedy mówiono mi: Bob, pora pomyśleć o przeniesieniu się tam na stałe. Ja jednak nie chciałem wychowywać tam moich dzieci. Myślałem sobie: nie chcę, żeby dorastały w tamtejszym systemie wartości. Chrzanię to. A poza tym jestem londyńczykiem.

Wydaje się, że hollywoodzki styl życia też nigdy pana nie pociągał.
Przyznam się bez bicia, w latach 60. byłem jak zagubione dziecko. Nie pociągały mnie imprezy i jednonocne miłostki. Rzecz jasna uczestniczyłem w nich, ale to ja zawsze byłem tym, który nad ranem pytał: zanim sobie pójdziesz, możesz mi powiedzieć, jak masz na imię? Nie? Jasne, nie ma sprawy… Czułem się nie na swoim miejscu. A poza tym w Hollywood nigdy nikogo nie ma! Jeździsz dookoła i myślisz sobie: gdzie oni wszyscy do cholery są? Dookoła same gigantyczne domy, a jedyni ludzie, których widać, to ogrodnicy. Kiedy chcesz pójść na spacer, zostajesz aresztowany. To nienormalne.

Nie jest pan najbardziej oczywistym symbolem męskiej urody, ale kobiety uważają, że jest pan sexy. Ma pan jakieś rady dla mężczyzn?
Zawsze mnie to zastanawiało. Kiedyś zagrałem z Cher w filmie "Syreny". To ona mnie w nim obsadziła. Zapytałem ją: Cher, mogłabyś zagrać z Robertem Redfordem, po jaką cholerę zatrudniłaś właśnie mnie? A ona na to: jesteś jedynym aktorem, jakiego znam, który wygląda jakby jadł hamburgery i chodził na mecze. Otóż to, drodzy panowie, oto cała tajemnica. Inną rzeczą, jaką odkryłem, pracując z Cher, to fakt, że jestem niski. Nigdy nawet o tym nie myślałem, dopóki nie musiałem stanąć na skrzynce, żeby ją pocałować.

Ogląda pan filmy?
Żartuje sobie pani? Całe dnie spędzam na ich robieniu, po co miałbym je jeszcze oglądać? To jak zaprosić do domu hydraulika i powiedzieć mu: mamy dla pana specjalną niespodziankę. Pokażemy panu rury!