Nigdy nie zagrał u Barei, ale zawsze o tym marzył. Ba, nawet zazdrościł kolegom po fachu, których reżyser wyśmiewający absurdy PRL-u angażował. Teraz Marek Kondrat czuje się ukontentowany. Jeden z najczęściej obsadzanych polskich aktorów filmowych wystąpił w kontynuacji legendarnego "Misia", czyli "Rysiu" w reżyserii Stanisława Tyma. Zobaczymy go w znaczącej roli Kredy - gangstera, który postanowił uczynić Ryszarda Ochódzkiego prezydentem RP.


Joanna Kijowska: Pan to się raczej nie kojarzy z filmami Barei. Co więc pan robi w "Rysiu", kontynuacji "Misia"?
Marek Kondrat:
Większość moich zawodowych wyborów była podyktowana względami towarzyskimi. Bo może to brzmi banalnie, ale w dobrym towarzystwie zawiera się wszystko. Zawsze starałem się pracować z ludźmi, którzy gwarantowaliby wyzwania, mieliby podobną wrażliwość i inteligencję. Stanisław Tym jest właśnie taką osobą. Kiedyś zapytałem go: "Dlaczego ja, który zawsze byłem predestynowany do ról komediowych, nigdy nie zagrałem u was w filmie?". Potem oglądałem album ze zdjęciami aktorów autorstwa Zofii Nasierowskiej. Moją fotografię komentarzem opatrzyła Agnieszka Osiecka. Napisała, że jestem aktorem nieforemnym. Nie wiadomo, gdzie mnie zastosować, czy jestem bardziej Kordianem czy postacią Fredrowską. Rzeczywiście, słabo się mieszczę w takich sztancach, stąd może Barei nie przyszło do głowy, by mnie u siebie obsadzić. Byłem wtedy aktorem Holoubka w Teatrze Dramatycznym i pewnie mało się komediowo kojarzyłem. Jednak jakoś mi było brak takich ról, bo patrzyłem na komedie Barei z pewnym rodzajem zazdrości. Teraz Bereja pewnie też byłby zdziwiony tym, jaką popularnością wśród młodych ludzi cieszą się jego filmy. Oni się śmieją i nie do końca zdają sobie sprawę, że to, co oglądają, działo się naprawdę. Teraz my też jesteśmy otaczani absurdami i nakazuje nam się powagę. Stanisław potrafi odnaleźć w rzeczywistości wymiar komiczny, łączy rzeczy, które do siebie nie przylegają.

Czy "Ryś" tak, jak kiedyś "Miś" będzie komentarzem do naszej rzeczywistości?

Oczywiście, mamy przecież dalej do czynienia z Ryszardem Ochódzkim, czyli postacią, która się u nas mocno zadomowiła. Epoki się zmieniają, a on wciąż trwa i próbuje działać. Nie widziałem jeszcze "Rysia". Ale spodziewam się po nim wiele. Będzie śmieszny, ale dobroduszny. Mam wrażenie, że nie ma w tym filmie żadnych dydaktycznych przesłanek, natomiast kreska satyryczna i wrażliwość Stanisława Tyma, jego inteligencja i umiejętność wyłapywania absurdów będzie mocno oddziaływać na widzów. Filmy Barei są osadzone w rzeczywistości, w której żyliśmy i która wtedy nas specjalnie nie śmieszyła. Być może "Ryś" też wyprzedzi epokę.

I za 20 lat będziemy się śmiali z humoru zawartego w "Rysiu"?
Ryszard Ochódzki jest zaklęty pod tą szerokością geograficzną. On wciąż żyje. A my żyjemy w rzeczywistości farsowej, niespełniającej wymogów gatunku: jest ponura, głupia, wredna i nie puentuje się. I jej bohaterowie są dość kiepscy, ale za to z ogromnymi ambicjami do prymatu, do pierwszeństwa. Niestety, znajdują poklask i to jest najgorsze.

O tym będzie "Ryś"?
O tym też. Żyjemy przecież w czasach, które po prostu potrzebują uwypuklenia, wręcz przerysowania tego, co się dzieje. Ufam w poczucie humoru Stanisława. Możemy być pewni, że w "Rysiu" będziemy mieli do czynienia z dowcipem najwyższych lotów, takim, jaki pamiętamy z "Misia". Zresztą Stanisław był współscenarzystą i często współreżyserował filmy Barei.
A co do rzeczywistości, w której żyjemy i pożywki dla satyryków, to jeszcze długo jej nie zabraknie. Polska jest krajem jak z jakiejś baśni dziwnej, w którym mieszają się rzeczy wzniosłe ze straszliwie podłymi. Na nudę nie możemy narzekać. Niestety. Bo ja, może wynika to z potrzeby wieku, uwielbiam, kiedy jest nudno i kiedy sam sobie dozuję różne atrakcje. Nie chcę, żeby robili to za mnie politycy. Poza tym niedouczenie, chamstwo, wykorzystywanie siły fizycznej nie należą ani do mojego świata, ani do świata Stanisława Tyma. Możemy tylko pokazać takie postaci i śmiać się z nich. Ale w sposób dobroduszny.

Jak pan myśli, cytaty z "Rysia" przejdą do codzienności?
Na pewno. Tym nie jest typowym realizatorem filmowym. To człowiek piszący, dramaturg. Jak mało kto czuje język. Jestem przekonany, że wiele zdań napisanych przez niego w scenariuszu "Rysia" pozostanie w świadomości widzów.

A panu jaką rolę napisał?
Kreda jest gangsterem, który doradza Rysiowi, w jaki sposób musi działać, żeby został prezydentem. A ksywka Kreda wzięła się stąd, że mój bohater ma niezwykle bladą twarz. Jego gangsterstwo go wybiela. Marzy o tym, żeby mieć swojego człowieka na szczytach władzy i robi wszystko, by do tego doprowadzić. Przyzwyczajamy się już do takich anomalii politycznych, że za kilka lat zupełnie może nas nie zdziwić fakt, że prezydentem zostanie człowiek pokroju Rysia Ochódzkiego. A wracając do Kredy, to dość typowa postać - stonowany, spokojny człowiek, z klapkami, które pozwalają mu widzieć tylko to, co dla niego najwyraźniejsze. Wytwory jego wyobraźni i siła działania objawią się widzom jako coś niezwykle śmiesznego. Kiedy opowiadam to pani, to dochodzę do wniosku, że w naszej rzeczywistości jego posunięcia wcale nie muszą wydawać się takie śmieszne. Nie wiem, czy mamy do tego należyty zapas abstrakcji. Niestety, w Polsce abstrakcja przekłada się na rzeczywistość.

Czy pracę przy "Rysiu" potraktował pan jako kolejną rolę, czy też traktował pan ją wyjątkowo?
Zawsze jestem w takiej sytuacji, że muszę odepchnąć od siebie wstyd, by zagrać. Przy "Rysiu" uczestniczyłem w scenach dużych, ludycznych: 300 statystów, helikopter, z którego Ryś schodzi na ziemię. Jest telewizja Witraż, jest ksiądz Puder. Samo spotkanie z ludźmi, na których widok śmieję się z radości, czyli z Markiem Piwowskim, Januszem Rewińskim czy Zośką Merle było dla mnie czymś ważnym. Nie spotykam się przecież z nimi często. Bardzo oddaliłem się od swojego zawodu. Moje ostatnie dokonania filmowe to są tylko filmy Koterskiego, a one powstają w cyklu mniej więcej trzyletnim.

Nie dostaje pan innych propozycji?
Wręcz przeciwnie. Nie jestem ani w wieku, ani w potrzebie, aby opowiadać o problemach ludzi młodych. Film jest zjawiskiem, które dotyczy głównie ludzi 20-letnich i czuję, że nie mam już specjalnie miejsca na tym polu. W związku z tym moja obecność w filmach jest niesłychanie rzadka. A sztuka filmowa ma w sobie pewną doraźność. Na sto filmów, które zrobiłem w życiu, niewiele przetrwa. Te, które zostaną w pamięci, mają w sobie nie tyle nadwyżkę społeczną, co artystyczną. Teraz większość scenariuszy po prostu mnie nie interesuje. Gdyby ktoś napisał dla mnie rolę, która byłaby w jakimś sensie komentarzem mojego pokolenia, to co innego. A tak, nie mam woli i potrzeby grania we wszystkim, co zostanie mi zaproponowane. Przeżuwam wszystkie scenariusze, które dostaję i w większości nie wyczytuję niczego nowego, więc szkoda mi po prostu czasu. Coraz częściej ludzie przyzwyczajają się do tego, że jestem z dala od filmu i zajmuję się głównie winem, o czym trąbię wszem i wobec. Nie chcę robić rzeczy, które już robiłem. Jestem już w takim wieku, że muszę szanować siebie i każdą godzinę mojego życia.

Czyli dopiero mniej więcej za dwa lata zobaczymy pana znowu w filmie i będzie to z pewnością obraz Marka Koterskiego?
Marek wspominał, że "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" będzie jego ostatnim filmem. Ale czy można wierzyć artyście? Konfrontacja z publicznością jest bardzo pożądliwa, a Koterski jest w pełni sił... Z drugiej strony, wyrzucił z siebie wszystkie milowe kamienie i zrobił o nich filmy. Bardzo możliwe, że teraz zrobi komedię. To wyjątkowy gość w tym dziwnym świecie. Znalazł swój filmowy język i swojego widza. Jestem pewien, że on jest najbardziej cytowanym polskim reżyserem. To osiągnięcie niebywałe, zwłaszcza w późnym wieku. Koterski przeżywa teraz ogromny sukces, który był mu potrzebny jak rybie woda.

Jest pan z nim umówiony na kolejny film?
Niekonkretnie, ale myślę, że praktyka naszych spotkań na to wskazuje. Spotkaliśmy się po prawie dwudziestu latach przerwy. A ja przy "Dniu świra" przeżyłem ponowne spotkanie z postacią Adasia Miauczyńskiego. Bardzo bolesne i ciężkie. To dotyczyło okresu, kiedy nie chciałem się utożsamiać. Ta rola kosztowała mnie zbyt wiele wobec środków obronnych, które w sobie noszę. Przez 20 lat przecież nie miałem roli wymagającej takiego rodzaju zwierzenia... O udział w "Świrze" walczyłem, "Chrystusy" już przyszły z rozdania. A teraz jesteśmy z Markiem rozpoznani. On nie musi mi tłumaczyć wszystkich zasad roli i postaci, bo one są w moich lędźwiach i krwiobiegu. To jest mój garb, który noszę i który, jak w leśmianowskim wierszu, objawia swoje istnienie i nagle włącza się w ten mój krwiobieg.

I co się wtedy dzieje?
Zaczynam cierpieć. Obawiam się nawet, że ten garb przeżyje swojego wielbłąda.