Piotr Dumała to postać w polskim i światowym kinie absolutnie wyjątkowa. Artysta osobny, konsekwentny, świadomy celów i środków własnej sztuki. U nas owszem doceniany, otoczony przez wierną publiczność niemal kultem, ale funkcjonujący na marginesie głównego nurtu kinematografii. Po trosze z własnego wyboru, ze względu na specyficzną metodę artystyczną, a po trosze upchnięty w niszy artystycznej animacji, z definicji skazanej na hermetyczną marginalizację jako ginąca gałąź twórczości filmowej, właściwie nieobecna w świadomości. Tymczasem za granicą Dumała za swoje prace zebrał ponad pół setki nagród. Był przyjmowany jako jeden z największych mistrzów współczesnej animacji, pełnił rolę ambasadora naszego kina, częściej obecny na największych festiwalach niż Wajda, Zanussi i Kieślowski.



Poeta animacji dla dorosłych

Niewątpliwie jest Dumała jednym z najbardziej wyrazistych polskich artystów filmowych. Od 30 lat konsekwentnie, wbrew wymogom rynku, realizuje samotnie w swojej piwnicy autorskie filmy animowane dla dorosłych. Debiutował w 1981 r. tradycyjną w formie "Lykantropią". Ascetyczną, pozornie niedbałą kreską opowiadane są kolejne animacje: "Czarny Kapturek" i "Nerwowe życie kosmosu" - nieco przewrotne, groteskowe historyjki utrzymane w konwencji czarnego humoru. Punktem wyjścia i odniesienia dla jego twórczości była tradycja polskiej animacji, filmy Jana Lenicy, Waleriana Borowczyka, Jerzego Kuci czy osobistego nauczyciela i mistrza Daniela Szczechury. Odbijał się od ich formalnej ascezy, od tematów filozoficznych, satyrycznych, od czarnego humoru, ale od początku szukał własnej drogi i własnej formy. Eksperymentował, próbował, aż w końcu wypracował oryginalną metodę twórczą i krąg tematyczny. Własny, choć przejęty z literatury czytanej na sposób osobisty, przepuszczanej przez pryzmat osobistej jaźni, interpretowanej przewrotnie i mozolnie przekształcanej w rozpoznawalną już na pierwszy rzut oka ni to oniryczną, ni realistyczną formę. To na podstawie literatury zrealizował swoje największe arcydzieła: "Łagodną" na podstawie opowiadania Fiodora Dostojewskiego, "Franza Kafkę" w oparciu o "Dzienniki" autora "Zamku" i "Procesu" czy wreszcie adaptację "Zbrodni i kary" Dostojewskiego. Opracował Dumała pracochłonną technikę płytek gipsowych. Nad półgodzinną "Zbrodnią i karą" pracował ponad trzy i pół roku. Najpierw pokrywa płyty gruntem, następnie rylcem wyrysowuje obraz, który dzięki precyzji rysunku, cieniom, niuansowaniu szarości nadaje kadrowi ekranową przestrzeń i głębię obrazu.

W ten sposób Dumała stworzył własny, charakterystyczny, niepodrabialny styl. Jego kino jest z jednej strony uniwersalne, zakorzenione w kulturowej przestrzeni, w dziedzictwie wielkich poprzedników, z drugiej zaś bardzo osobiste, wynikające z własnych przemyśleń, filozoficznie podporządkowane spójnej, wyrafinowanej koncepcji artystycznej. Opowiadał Dumała najczęściej o wyobcowaniu, zagubieniu, braku porozumienia, egzystencjalnych lękach i obsesjach. Wybierał pisarzy bliskich i wpisywał ich dzieła we własne tajemnicze i niepokojące światy przesycone symboliką i metafizycznym namysłem.


Fabularny wehikuł prawdy

Decyzja Dumały o nakręceniu pełnometrażowej fabuły wzbudziła zdziwienie, potraktowano ją jako fanaberię, manifestację chęci wyjścia z cienia. Gdy się jednak bliżej przyjrzeć twórczości Dumały, pomysł zrealizowania aktorskiej fabuły wydaje się zupełnie naturalny. Dumała świadomie sięgał do wzorów kina fabularnego, odważnie wprowadzał do animacji psychologię, tworzył kino wielowymiarowe z pełnokrwistymi bohaterami, którzy zachowują się jak żywi ludzie: kochają, cierpią, tworzą bogate, skomplikowane osobowości.

"Utarło się, że animacja operuje umownymi postaciami, że to są takie Bolki i Lolki, płaskie ludziki bez cienia, bez przestrzeni. A jak ktoś zaczyna, jak ja, stosować cienie (u mnie każde narysowane światło podbudowane było prawdziwym światłem, każdy cień - prawdziwym cieniem), wtedy się mówi, że to naśladowanie filmu aktorskiego. Animacja w powszechnej opinii to albo płaska dobranocka, albo ezoteryczna awangarda. Tymczasem animacja nie naśladuje "prawdziwego kina". Ona sama jest prawdziwym kinem" - mówił Dumała. I w tym kontekście jego fabularny debiut "Las" wydaje się zupełnie naturalną konsekwencją jego rozumienia filmowości i ponadgatunkowego, ponadrodzajowego myślenia o kinie.

W "Lesie" nakładają się na siebie dwie sytuacje. Oto syn opiekuje się umierającym ojcem. Myje, karmi, czuwa przy śpiącym. W drugim obrazie widzimy ich obu wędrujących przez las. Tutaj to ojciec opiekuje się synem. Prowadzi przez gęstwinę, rozpala ognisko, przyrządza posiłek, opatruje skaleczenie. Znów, jak w swoich animacjach, zderzając dwa archetypy, wydobywa z nich Dumała osobisty ton, wprowadza we własny świat intymnych przeżyć. Wszystkie proste czynności, zwyczajne sytuacje, symbole noża, płonącego w kominku ognia układają się w obrazową metaforę granicznych egzystencjalnych sytuacji, mówią wiele o wzajemnych relacjach, bliskości i oddaleniu. Z tego wszystkiego Dumała nie lepi historii, nic nie mówi, wyłącznie pokazuje i każe czytać między wierszami wspólną historię umierania i dojrzewania do życia.


Obrazy i metafory

Wędrówka przez las nie jest prostą metaforą życia, a jakimś biblijnym gestem Abrahama. Śmierć ojca jest realna, śmierć syna symboliczna. Dumała wpisuje w obrazy pozornie banalne i oczywiste prawdy. Że z odchodzącym ojcem umiera coś w synu. Ale też coś się rodzi. Własna tożsamość wolna od podległości, poczucia winy. Śmierć to więc koniec kosmosu, ale zarazem oczyszczenie, osiągnięcie wspólnoty, harmonii pamięci objawione w finale.

Niby nic w tym odkrywczego, niby to wszystko wiemy. Ale gdy patrzy się na Stanisława Brudnego i Mariusza Bonaszewskiego trudno oderwać oczy od ich ekranowych gestów, twarzy kontemplujących ciszę, cienie na ścianie, trudno zwykłości nie przezywać jak metafizyki, nie dostrzec w pozornych oczywistościach ludzkiej prawdy. Trudno wreszcie oprzeć się wrażeniu, ze Dumała traktuje kamerę Krzysztofa Ptaka jak papier ścierny, a czarno-białe kadry jako gipsową płytkę, na której trzeba rysunek odkryć, a nie utrwalić wymyślony koncept.



To nadal takie kino, do jakiego Dumała przyzwyczaił. Na pewno wymagające, w ascezie formy kryjące komplikacje, ale wcale nie hermetyczne i marginalne, do bólu szczere i osobiste. Może nie jest to skończone arcydzieło, ale film interesujący, dojrzały formalnie, kontynuujący formalne poszukiwania wybitnego animatora. Ma tyleż samo zwolenników, co przeciwników. Bo tę konwencję trzeba jednak kupić, otworzyć się na współtworzenie sensów, odkrywanie ich w niemych kadrach. Ja kupuję. Owszem, mógłby być "Las" odrobinę mniej manieryczny, mniej celebrujący ograne motywy, obracający w palcach symboliczne obrazy. Ale odnajduję w tym filmie tego samego Dumałę, co w jego najlepszych animacjach. Debiut więc więcej niż obiecujący, na arcydzieło przyjdzie jeszcze pora.


Od wilkołaków do Fiodora Dostojewskiego

"Lykantropia" (1981) - jeden z pierwszych filmów Dumały, nagrodzony m.in. podczas Lubuskiego Lata Filmowego w Łagowie. Opowieść o wilkach, które okażą się ludźmi zamienionymi w bestie.

"Łagodna" (1985) - swobodna adaptacja opowiadania Fiodora Dostojewskiego i pierwszy po serii animowanych grotesek film psychologiczny Dumały. Studium zazdrości, miłości i nienawiści dwojga ludzi. ""Łagodna" składa się z obrazów chiaroscuro w ciemnej sepii z jednym źródłem światła, sprawiających wrażenie, jakby ożyły akwaforty Rembrandta" - pisał na łamach Kina Jacek Dobrowolski. Film zdobył dziesiątki nagród, m.in. na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Krakowie oraz na festiwalach w Manheim, Łagowie i kanadyjskim Hamilton.

"Franz Kafka" (1991) - animowana adaptacja wybranych wątków "Dzienników" Kafki. Jedno z arcydzieł polskiej animacji, wyróżnione m.in. na festiwalach w Zagrzebiu, Espinho, Hiroszimie i Stuttgarcie.

"Zbrodnia i kara" (2000) - ponadpółgodzinna adaptacja powieści Fiodora Dostojewskiego, rozegrana bez użycia słów. "Mój film to rodzaj snu. Tak jakby ktoś przeczytał "Zbrodnię i karę", a potem mu się to przyśniło" - mówił Dumała w jednym z wywiadów. Krytyk "Kina" Jacek Dobrowolski nazwał "Zbrodnię i karę" opus magnum Dumały. "Prawdę o ludzkiej psyche wyraził tu z mistrzostwem godnym Bergmana. W filmie nie pada ani jedno słowo, ale perfekcyjna narracja sprawia, że akcja, stany umysłu zabójcy i sceneria Petersburga pozostają w doskonałej jedności" - pisał.