Jarmusch kiedyś był zawsze taki sam, obsesyjnie opowiadał mniej więcej tak samo wciąż o tym samym. Ale też jego programowo ascetyczne filmy były wyznaniem wiary w kino i manifestem miłości do kina. Jarmusch karmił się kinem, stylizował, obnażał, dekonstruował, przerabiał na swoją własną modłę, z kina robił antykino.

Rozpoczyna Jarmusch swój najnowszy film cytatem ze "Statku pijanego" Arthura Rimbauda ("Prądem rzek obojętnych niesion w ujścia stronę, / Czułem, że już nie wiedzie mnie dłoń holowników..."). Zapowiada podróż transcendentną, na swój sposób ostrzega przed abstrakcją. Już od pierwszych sekund niby snuje jakąś opowieść, ale tak naprawdę tylko po to, by pokazać, jak bardzo jest ona nieważna, mnoży za to kalambury i zapierające dech w piersiach widoki nakręcone przez poetę kamery Christophera Doyle’a.

Bohaterem jest tu bezimienny czarnoskóry spec od brudnej roboty (Isaach De Bankole) o kamiennym wyrazie twarzy. W pierwszych scenach na lotnisku dostaje zadanie od enigmatycznych zleceniodawców. Nie wiadomo, na czym dokładnie to zadanie ma polegać, właściwie do końca się tego nie dowiemy. Wskazówki są równie enigmatyczne: idź do wież, do kawiarni, czekaj na skrzypce, gitara cię znajdzie... Potem, już w Hiszpanii, w Madrycie, Barcelonie i na koniec w Andaluzji odbywa bohater serię spotkań z tajemniczymi postaciami, wymienia się z nimi pudełkami od zapałek, dostaje kolejne zaszyfrowane wskazówki i wysłuchuje filozoficznych rozważań o muzyce, sztuce, nauce i oczywiście kinie.


Falsyfikat rzeczywistości

Z minuty na minutę film staje się coraz bardziej mglisty. Wszystko staje się anty: akcja zamienia się w antyakcję, bohater w antybohatera, podróż w antypodróż. Tym razem Jarmusch nie buduje żadnych znaczeń na gruzach wytartych konwencji. Jedynie falsyfikuje rzeczywistość, która, jak mówi meksykański kierowca grany przez Gaela Garcię Bernala, jest prawdziwsza w swoim odbiciu niż sama w sobie. Jak w kinie.

Falsyfikatem jest choćby plakat filmu "Pustka" Nicolasa Raya ze zdjęciem wcześniej spotkanej blond piękności. Właśnie Blonde (Tilda Swinton) wypowiada zdanie rozwiewające na moment mgłę: "Najlepsze filmy przypominają sny, co do których nie jesteśmy pewni, czy w ogóle nam się przyśniły". Swinton jest tu apoteozą kina, wcieleniem jego eklektycznej mitologii: ubrana w westernowy kapelusz, prochowiec Bogarta, platynową perukę uosabia archetyp. W tej jednej scenie Swinton dekonstruuje pochodzenie całego sztafażu: "Podejrzenie" Hitchcocka. Przywołuje jeszcze "Damę z Szanghaju" Orsona Wellesa z Katharine Hepburn, mówiąc, że jej postać ginie na końcu. Ta scena okaże się później spełnionym proroctwem. Rzeczywistość splecie się ze swoim filmowym odbiciem.

Dalszych filmowych tropów musimy jednak szukać już sami, chwytając kalamburowe sugestie i nawiązania: najwyraźniejsze do "Stalkera" Tarkowskiego, do przywołanych przez Johna Hurta "Scen z życia cyganerii" Kaurismakiego, do cytowanego w powtórzonym kilkakrotnie dialogu ("Diamenty są najlepszym przyjacielem kobiety") "Mężczyźni wolą blondynki" z Marylin Monroe, do kina Melville’a, Tarantino, "Widma" Cluzota. Tyle że trop okazuje się znów fałszywy. Z namnożenia cytatów, nawiązań, sugestii nic nie wynika, Jarmusch rzuca na wiatr motywy i symbole.


Cierpliwość nagrodzona

Po co więc cała ta zabawa? By zagrać z przyzwyczajeniami widza? By bohater mógł się zbuntować w przejmującej scenie, gdy znajduje martwą (a może jedynie śpiącą?) dziewczynę, którą wcześniej odrzucił? By ostatecznie przekonać do pojawiającego się natrętnie hasła, że życie nie ma sensu ("La Vida No Vale Nada")? Otóż wydaje się, że bełkotliwa, eliptyczna, prowadząca donikąd konstrukcja przywodząca na myśl Lyncha i jego "Zagubioną autostradę" albo "Inland Empire" jest tu przemyślaną formą, z jaką Jarmusch wyraża swoją niewiarę w sens postmodernistycznej strategii, którą przewrotnie naśladuje.

Sztuka sięgająca wyłącznie do raz już opowiedzianych opowieści, formuła wyczerpania sama się wyczerpała – zdaje się mówić Jarmusch. I zrzuca z siebie ów gorset, jak bohater w ostatniej scenie zmienia garnitur na dres, po czym kamera spada i wszystko kończy się zamazaniem kadru aż do całkowitego zaciemnienia. Właśnie zabawę w wymazywanie znaczeń proponuje Jarmusch, tylko po to, by zademonstrować jej jałowość. Trzeba do tego filmu buddyjskiej cierpliwości, bo to ciągła dekonstrukcja, erudycja i filmoznawcze quizy. A jednak trudno się przecież oprzeć jego wysmakowanemu pięknu, filozoficznej nieważkości. Mistrz to jednak mistrz!