Znamienna jest w filmie scena, w której Pavarotti mówi, że chciałby być zapamiętany jako śpiewak, który "wyszedł z operą do ludzi". Tak faktycznie się stało - przeszedł do historii jako ten, który wprowadził muzykę operową na stadiony. Jednak choć dla wielu popularyzacja opery poza elitarnymi teatrami stanowi niepodważalną zasługę włoskiego tenora, to nie brakuje też głosów, że maestro tym samym zdradził sztukę, upupił ją i upopowił.

Howard podchodzi do tego zagadnienia całkowicie bezkrytycznie. Pokazuje nam Pavarottiego tak, jak pokazywał herosów w swoich hollywoodzkich przebojach - Hana Solo, schizofrenicznego matematyka Johna Nasha z "Pięknego umysłu" czy dzielnych astronautów NASA z "Apollo 13". Patos, szlachetność, triumf dobra. W uniwersum Rona Howarda nie ma miejsca na niuanse, nawet w ramach "skromnego" dokumentu.

Reżyser od początku do końca stawia przede wszystkim na "bezpieczne", pozytywne emocje. To fachura - wie, kiedy przerwać monolog "gadającej głowy" urywkiem archiwalnego koncertu, a kiedy wrzucić wzruszający obrazek z chorą córką. Widać, że gruntownie przemyślał kompozycję: film ma strukturę trzyaktowej opery, gdzie opowieść przeplatana jest popisowymi ariami bohatera. Tylko libretto niekiedy szwankuje.

Początkowo jeszcze może się zdawać, że Howard ma ambitny plan zdjęcia Pavarottiego z celebryckiego cokołu i przywrócenia go sztuce. Dostajemy nietuzinkowe archiwalia, włącznie z debiutem młodego nauczyciela z Modeny w "Cyganerii" Pucciniego. Widzimy fragmenty występów, próby, ćwiczenie głosu. Słuchamy nieziemskich serii wysokiego C i fachowych objaśnień ekspertów, dlaczego Pavarotti był na tym polu niezrównany. Ale to wszystko dopiero pierwszy akt.

Stosunkowo szybko staje się jasne, że Howard nie chce koncentrować się na tym, co czyniło Pavarottiego artystą, lecz na tym, co zrobiło go gwiazdą. I kto.

Sporo miejsca reżyser poświęca menedżerom tenora. Herbert Breslin, związany zawodowo z Pavarottim przez trzy i pół dekady, był znany jako najbardziej bezwzględny facet w branży operowej, czym zresztą sam się chełpił ("Miły gość potrzebował drania", śmieje się na starym nagraniu). To on wpadł na pomysł, by Pavarotti śladem samego Caruso ruszył w trasę po amerykańskich miasteczkach, koncertując po klubach, nie filharmoniach. Taktyka okazała się strzałem w dziesiątkę - Stany pokochały włoskiego śpiewaka.

Jednak dopiero drugi impresario, Węgier Tibor Rudas, uczynił Pavarottiego bożyszczem tłumów, bez mała gwiazdą rocka. Wszystko za sprawą bezprecedensowego sukcesu projektu znanego jako Trzej Tenorzy. Pierwotnie miał to być tylko jeden wspólny plenerowy show w Rzymie, w przeddzień finału mistrzostw świata w roku 1990 - tego samego, w którym Argentyna Diega Maradony, tuż po zwycięstwie nad Włochami, uległa Niemcom. Ale Pavarotti, José Carreras i Plácido Domingo porwali publiczność na niespotykaną dotąd skalę (transmisję śledziło 800 mln telewidzów) i pojedynczo widowisko ewoluowało w fenomen, supergrupę, "największy zespół świata" - jak w filmie komplementuje Bono. Fragment przedmundialowego koncertu Trzech Tenorów, ze słynną arią "Nessun dorma" na trzy głosy, to bodaj najbardziej porywający moment dokumentu.

W ostatnim akcie film się niestety tabloidyzuje, choć zarazem - paradoksalnie - unika kontrowersji jak ognia. To etap inicjatywy "Pavarotti i przyjaciele", koncertów charytatywnych na rzecz dzieci z Bośni, pop-operowych duetów i przyjaźni z księżną Dianą, romantycznie moknącą w deszczu na koncercie mistrza.

Ale to też okres drugiego małżeństwa bohatera z asystentką młodszą o 35 lat, co w katolickich Włoszech wywołało burzę. Howard robi jednak ofiarę z... Pavarottiego. Nawet wtedy, gdy ten porzuca po kilkudziesięciu latach pierwszą żonę Audę, reżyser napomyka coś o nagonce mediów i pokazuje zatroskanego tenora, który rzuca melancholijnie: "Zakochałem się po uszy i musiałem zawalczyć o tę miłość".

O wielkiej miłości peroruje też sama Nicoletta Mantovani, zaś Auda wspomina z gorzkim uśmiechem, że przez lata naiwnie wierzyła mężowi, gdy ten w reakcji na plotki o licznych romansach zapewniał ją o wierności. A chwilę potem rozpływa się w nostalgii, wspominając, że to ona na łożu śmierci Pavarottiego gotowała mu ostatnie spaghetti. Bosko.

Howard ignoruje fakt, że trzy córki z pierwszego małżeństwa długo biły się o spadek z drugą żoną tenora, zanim ostatecznie doszło do porozumienia. Nie ma słowa o tym, że Nicoletta izolowała go od rodziny i przyjaciół, a ich krótki związek, przerwany przedwczesną śmiercią Pavarottiego, daleki był od ideału. I może dobrze, że nie ma prania brudów - od tego jest kolorowa prasa - ale mimo wszystko dokumentalista powinien zachować ciut dystansu, a nie tylko od początku do końca pokazywać adorowanie bohatera przez kobiety, w tym te zdradzane i oszukiwane. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w epoce #metoo ten "niepoprawny kobieciarz" nie przetrwałby godziny.

Perypetie prywatne to jednak tylko jedna strona medalu. Dużo gorzej, że film-laurka nie podnosi żadnej drażliwej kwestii dotyczącej kariery Pavarottiego. A przecież przez lata, nie odmawiając mu geniuszu wokalnego, krytykowano jego kapryśny, roszczeniowy charakter, machlojki przy podatkach, nieumiejętność czytania nut, wątpliwy talent aktorski - robił to również najbliższy współpracownik mistrza, były już menedżer Herbert Breslin. Nie ma nic o potężnej klęsce kuriozalnego musicalu "Yes, Giorgio", po której Pavarotti nigdy już nie wystąpił w żadnym filmie. To już nawet awanturnik i przemytnik Han Solo nie był herosem tak bardzo bez skazy, jak Pavarotti w ujęciu Howarda.

Patrząc na tę nieskończoną gloryfikację, aż chciałoby się biografii Pavarottiego w reżyserii Asifa Kapadii, twórcy "Diega" - nakręconej z biglem, bez "gadających głów" i przede wszystkim nie na kolanach.

Co natomiast Howardowi zdecydowanie wyszło, to uchwycenie ujmującej powierzchowności wielkiego tenora, jego charyzmy, jowialnego poczucia humoru, autoironii, łatwości zjednywania sobie ludzi i świetlistego uśmiechu, którego nie dało się udawać.

W pierwszej kolejności to właśnie osobowość, nie sprytni menedżerowie, i nawet nie wybitny głos, zrobiła Pavarottiego megagwiazdą. Film Howarda właśnie o tym opowiada i fanom to z pewnością wystarczy. Z kolei bardziej wymagający widzowie dostają przynajmniej ponadczasową muzykę i też nie powinni uznać czasu w kinie za stracony. Najlepsza w tym spiżowym pomniku jest pozytywka.

"Pavarotti", Wielka Brytania / USA 2019, reż. Ron Howard, dystrybucja: Best Film