W tym gatunku pokazano już chyba wszystko. Do tego stopnia, że niemal każda kolejna produkcja mogłaby znaleźć się w słowniku jako przykład hasła "plagiat". W "Zbaw mnie ode złego" pojawia się więc seryjny morderca – nazywany, jakże oryginalnie, Rozpruwaczem – i grupa nastolatków, która musi stawić mu czoła. Krew leje się strumieniami, kolejni młodzi bohaterowie giną jeden po drugim, a łatwy do przewidzenia finał nie budzi choćby cienia emocji. Wszystko oczywiście w technice 3D, choć "Zbaw mnie..." poradziłoby sobie doskonale w dwóch wymiarach, a najlepiej w innym wymiarze, takim, w którym nie trzeba tego filmu oglądać.

Podobnych niestrasznych i niepotrzebnych horrorów przez kina przewija się co roku kilkanaście, trudno jednak uwierzyć, że tę produkcję podpisał Wes Craven – człowiek, któremu przez ponad trzydzieści lat hollywoodzkiej pracy wpadki zdarzały się zaskakująco rzadko. Ale jeśli karierę zaczyna się od thrillera inspirowanego filmem Ingmara Bergmana, to później spada się z naprawdę wysokiego konia.

Zanim bowiem Craven zdobył międzynarodową sławę jako twórca postaci Freddy’ego Krugera, bohatera serii "Koszmar z ulicy Wiązów", parę razy poszarpał nerwy amerykańskich widzów. Debiutancki "Ostatni dom po lewej" (1972), luźno oparty na scenariuszu Bergmanowskiego "Źródła", oraz nakręcone pięć lat później "Wzgórza mają oczy" idealnie wpisały się w obowiązujący w latach 70. w amerykańskim horrorze nurt brutalnego realizmu. Nieobecne w nich były elementy nadprzyrodzone, a zagrożenie było na wyciągnięcie ręki. Nieważne, czy jak w "Ostatnim domu..." (ostro pociętym przez cenzurę – do dziś na niektórych wydaniach DVD brakuje kilku usuniętych cztery dekady temu scen) gwałtu i zbrodni dopuszczali się zwykli ludzie, czy jak we "Wzgórzach..." rodzina zmutowanych kanibali. Wes Craven pokazywał, że niebezpieczeństwo jest bardzo blisko, a zło rodzi się na naszych oczach. Obracał w ruinę amerykańskie mity i marzenia, a przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa i pewności siebie.

W latach 80. narodził się nowy Craven – specjalista od horroru przesyconego ironią. "Koszmar z ulicy Wiązów" (1984) wykorzystywał popularność slasherów w rodzaju "Halloween" i "Piątku trzynastego", ale wniósł do gatunku specyficzną mieszankę cynicznego i smoliście czarnego humoru, zaś Freddy Kruger – oszpecony poparzeniami zabójca w czerwono-zielonym swetrze – stał się jedną z najbardziej rozpoznawanych postaci popkultury. Craven był na topie i choć kolejne jego filmy – by wymienić choćby "Węża i tęczę" (1988) czy "W mroku pod schodami" (1991) – nie stawały się kasowymi przebojami, jego twórczość była synonimem dobrego kina grozy. Takiego, które horrorowej materii nie traktuje całkiem serio, ale jednocześnie potrafi porządnie nastraszyć.


Apogeum tego stylu osiągnął w latach 90. Na dziesięciolecie premiery „Koszmaru z ulicy Wiązów” wrócił do Freddy’ego Krugera, kręcąc jawnie żartujący z całego cyklu „Nowy koszmar”, w którym fikcja splatała się z rzeczywistością planu filmowego. Potem Cravenowi wydarzył się nieudany „Wampir w Brooklynie”, ale następne lata upłynęły pod znakiem trzech części "Krzyku" – przez wielu krytyków uznanego za jedno z najlepszych dzieł reżysera, zgrabnie i zabawnie podsumowujące jego bogatą karierę. Gdyby Quentin Tarantino postanowił w tamtych latach nakręcić horror, efektem mogło być coś właśnie w rodzaju "Krzyku".

Craven – mimo wielkiego sukcesu trylogii – odnowicielem kina grozy jednak nie został, a pierwsza dekada XXI wieku upłynęła mu w artystycznej ciszy przerywanej bardzo rzadko – o filmach, które w tym czasie nakręcił, pamiętać nie warto, broni się jedynie nowelka, jaką zrobił na potrzeby filmu "Zakochany Paryż". Poza tym jednak kariera Wesa Cravena od lat przypomina równię pochyłą. I to nachyloną pod bardzo ostrym kątem.

W "Zbaw mnie ode złego" brakuje wszystkiego, co kiedyś świadczyło o talencie Cravena. Napięcia, humoru, nowatorskiego podejścia do gatunku. Są za to bardzo słaby scenariusz, jeszcze gorsze dialogi, kompletnie niewykorzystane efekty 3D – być może producenci w ostatniej chwili chcieli uratować film przed finansową porażką, co im się zresztą kompletnie nie powiodło.

Craven całkowicie stracił zdolność ironizowania, konstruowania ciekawych postaci, umiejętność budowania przerażającego klimatu, a przede wszystkim wyczucie tego, co może spodobać się widzom. I chyba nie zauważył, że w kinie grozy rządzi już kolejne pokolenie filmowców – to, które sam swoimi filmami wychował.

ZBAW MNIE ODE ZŁEGO | USA 2010 | reżyseria: Wes Craven | dystrybucja: Monolith | czas: 107 min