Zarówno jego twórczość, jak i życie osobiste – zwłaszcza liczne romanse z pięknymi kobietami od Juliette Greco przez Brigitte Bardot po Jane Birkin – dostarczają i pysznych anegdot, i estetycznych obrazów. Na szczęście Joann Sfar nie poprzestał na tym, proponując widzowi odważnie przetworzoną wizję życia artysty. Życia heroicznego, jak głosi podtytuł oryginału.

Dla Sfara, wybitnego autora komiksów ("Kot rabina", "Klezmerzy"), to kinowy debiut, ale wpisuje się w całość jego twórczych poszukiwań. Kluczem do interpretacji postaci Gainsbourga uczynił jego żydowskie pochodzenie. Dzieciństwo muzyka przypadło na czas okupacji. Zmory, lęki Serge’a w tym czasie przybierają w filmie fizyczną postać koszmarnych lalek, zjaw, które prześladują go i w dorosłym życiu, pchając ku różnym formom autodestrukcji. Bowiem zdaniem Sfara Gainsbourg był jedynym francuskim gwiazdorem rocka, ze wszystkimi konsekwencjami swojej pozycji. W filmowych sekwencjach pijackich ekscesów z innym upadłym – Borisem Vianem – widać to wyraźnie.


Tam, gdzie Sfar pozwala sobie na daleko idące metaforyzacje i artystyczne przetworzenia, jego film jest najlepszy. Lalki dybuki mają wielką moc wyrazu i w graficznym skrócie ujmują istotę rzeczy. Niestety film mniej więcej w połowie traci rozpęd i spójność formy – jakby Sfarowi zabrakło równie nośnej metafory dla oddania późniejszego życia artysty, już po rozwodzie z Birkin i skandalach związanych z profanacją "Marsylianki". W pamięci zostają słowa piosenek barda (tu duży minus dla dystrybutora, który nie zamieścił tłumaczeń), mocno sprzężone z jego biografią, i obrazy: BB w hotelowym korytarzu, nagie plecy Juliette Greco, papierosowy dym unoszący się nad pochylonym nad pianinem Serge’em. I groteskowe upiory nękające go po nocach. To za mało na wybitny film, ale wystarczy, by zainteresować samym Gainsbourgiem.

GAINSBOURG | Francja, USA 2010 | reżyseria: Joann Sfar | dystrybucja: Monolith | 4 klapsy