Karol Strasburger, urodzony 2 VII 1947 r., to nie tylko słynący z dowcipu gospodarz teleturnieju „Familiada”. Absolwent warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i… Państwowej Wyższy Szkoły Morskiej w Szczecinie, to też m.in. aktor filmowy, teatralny i telewizyjny.
Debiutował jako student. W 1970 r., rok przed ukończeniem PWST, zagrał epizodyczną rolę w „Życiu rodzinnym” Krzysztofa Zanussiego. – wspominał w rozmowie z PAP.
– powiedział.
W tym samym roku Strasburger w "Agencie nr 1" zagrał Jerzego Iwanowa-Szajnowicza, polskiego pochodzenia agenta brytyjskiego wywiadu w Grecji. Dostał także angaż do miniserialu Janusza Morgensterna „Kolumbowie”. Zagrał tam Siwego, swoją pierwszą dużą rolę, w której wcielił się w młodego dywersanta.
Jak podkreślił, to ta kreacja była jego pierwszym ważnym filmowym wystąpieniem.– wspominał.
W 1971 r. aktor zaczął grać na scenie Teatru Dramatycznego w Warszawie, gdzie - na zmianę z planem filmowym – występował do 1983 r.
Teatr to dla Strasburgera miejsce, w którym – jak mówi – "tak naprawdę wszystko się zaczęło". – podkreślił aktor.
– dodał.
Grał także w serialu "Czarne chmury" (1973) oraz "Noce i dnie" (1975). Jedną z najlepiej zapamiętanych scen ekranizacji powieści Marii Dąbrowskiej jest ta, w którym Strasburger – jako młody i piękny Józef Tolibowski - zrywa lilie dla wzruszonej Barbary.
– powiedział Strasburger.
– dodał.
W 1976 r. Strasburger znowu spotkał się z Januszem Morgensternem, tym razem na planie serialu „Polskie drogi”, gdzie wcielił się we Władysława Niwińskiego. Rolę tę uznaje za swoją najbardziej dojrzałą.
– powiedział PAP.
Aktor ocenił, że produkcję tę nie do końca można określić mianem serialu. – skomentował.
Lata 80. przyniosły Strasburgerowi role m.in. w „Powstaniu listopadowym. 1830-1831” (1980), „Stanie wewnętrznym” (1983), „Sezonie na bażanty” (1985) oraz głośnym „Wielkim Szu” Sylwestra Chęcińskiego (1982), gdzie zagrał karciarza Denela.
Na przełomie lat 80. i 90. widzowie mogli go oglądać jako Davida Mayera w serialu „W labiryncie”. Strasburger – pytany, czy ma poczucie, że w serialu albo „Punktach za pochodzenie” (1982) oddał swoją epokę – odpowiedział: „Po prostu wykonałem pewne zadania. Nie chciałbym narzucać wielkiej sprawy moim wykonaniom. Miałem role do zagrania i nie zastanawiałem się nigdy, jaki to będzie miało wymiar – czy może narodowy albo społeczny. Na to, jak dzieło albo działanie zostanie odebrane, i tak nie mam wpływu.
Aktor grał m.in. w serialach „Ekstradycja 2”, „Klanie”, „Na wspólnej”, „Magdzie M.” oraz – gdzie występuje wciąż – w „Pierwszej miłości”. Nie chce się jednak określać jako aktor serialowy. „Praca aktorska jest zawsze taka sama, nie ma znaczenia, gdzie się gra. Liczy się tylko sposób pracy. Granie w filmie fabularnym od grania w serialu różni się tylko tym, że przystępując do pracy nad filmem znamy jego początek i koniec. Możemy świadomie konstruować rolę, wiedząc, co będzie z nią dalej. W serialu tworzy się postać normalnym dniem, tak jak się funkcjonuje w ciągu całego życia” – powiedział PAP.
Jak dodał, nie ma żadnej roli, której żałuje, że nie zagrał. – podkreślił.
– dodał.
Strasburger marzył kiedyś – „choć ten czas już minął” - o zagraniu w „prawdziwym amerykańskim westernie”. – żartuje aktor.
Od ponad 20 lat pozostaje także rozpoznawalnym, słynącym z niepowtarzalnego dowcipu prowadzącym emitowanej w TVP „Familiady”.
W opinii gospodarza teleturnieju poczucie humoru to jedna z najważniejszych naszych wizytówek. Trudno mu jednak powiedzieć, co go śmieszy. „Łatwiej z kolei, czego nie lubię. Nie lubię wyśmiewania się w z określonych środowisk i grup – co dzieje się np. w przypadku dowcipów o policjantach albo o blondynkach. To mało dowcipne. Lubię żarty, które trafnie komentują naszą codzienność. Kiedy ktoś zauważa jakieś otaczające albo przydarzające się nam głupoty, i potrafi je ująć w krótki dowcip. Lubię, kiedy ludzie są po prostu pogodni. To jest najfajniejsze” – powiedział Strasburger.