"Ghostbusters. Pogromcy duchów"
USA 2016
reżyseria: Paul Feig
dystrybucja: UIP
czas: 116 min
w kinach od 15 lipca 2016 roku

Milion odsłon na godzinę. Z taką częstotliwością jeszcze parę miesięcy temu oglądano pierwszy zwiastun odświeżonych „Ghostbusters”. I równie szybko go znienawidzono. Trudno przypomnieć sobie tak zaciętą nagonkę. Ba, można by powiedzieć, że na film Paula Feiga wydano wyrok na długo przed premierą. Zawiedzeni internauci dali wyraz swojemu rozczarowaniu, nie szczędząc zarówno rozżalonych, jak i ewidentnie niegrzecznych komentarzy. Do tego, gdy okazało się, że czarnoskóra pogromczyni nie ma, jak jej białe koleżanki, dyplomu uniwersyteckiego, doszły zarzuty o utrwalanie stereotypu rasowego. Studio zareagowało, tłumacząc podobne reakcje szalejącym seksizmem i mizoginią. A przecież wszystko zweryfikuje sam film. Już niedługo owi krytykanci albo bąkną pod nosem słowa przeprosin, albo tryumfalnie uniosą do góry ręce.

Tak po prawdzie to nie o kobiecą obsadę się rozchodzi, ale o eksperymentowanie z popkulturową świętością, istnym kinematograficznym kultem, jakim jest klasyczny już komediowy dyptyk Ivana Reitmana z lat 80. Gdyby zamiast Kristen Wiig, Melissy McCarthy i spółki wybrano mężczyzn, a żaden z nich nie byłbym Billem Murrayem, reakcja najpewniej byłaby podobnie ostra. „Ghostbusters” A.D. 2016 nie pomógł także fatalny cover ikonicznego kawałka Raya Parkera Jr., kojarzonego z marką na równi z charakterystycznym logo przedstawiającym białego ducha obramowanego czerwonym znakiem zakazu. Bo wydaje się, że w tamtych filmach grało dosłownie wszystko, a każda zmiana będzie zmianą na gorsze. A przecież niekoniecznie, bo historia niejednokrotnie pokazała, że nie powinno się skreślać filmu przed jego obejrzeniem.

Tak czy inaczej, premiera „Ghostbusters” to znakomita okazja, aby pochylić się nad przebojami Reitmana, które mimo że nakręcone mniej więcej trzydzieści lat temu, nadal zachowały świeżość, choć cała tak zwana franczyza trochę już przyschła. Autorzy scenariusza, a zarazem odtwórcy głównych ról, Harold Ramis i Dan Aykroyd, już po sukcesie pierwszej części z 1984 roku, która rodziła się w bólach ze względu na ciągłe zmiany scenariuszowe, ograniczenia budżetowe oraz kłopoty obsadowe wywołane niespodziewaną śmiercią typowanego do roli głównej Johna Belushiego i odmowami Eddiego Murphy’ego i Johna Candy’ego, zapowiedzieli, że sequela nie będzie. Swoje ambicje twórcze zaspokoili, realizując nominowaną do Emmy animację „Prawdziwe duchołapy”. Naciski studia zmusiły ekipę do skrzyknięcia się pięć lat później. „Pogromcy duchów II” co prawda zarobili swoje, ale mało kto zaangażowany w projekt wypowiedział się o filmie ciepło. Murray krytykował nadmiar efektów specjalnych, Rick Moranis załamał ręce, a słynni krytycy amerykańscy Gene Siskel i Roger Ebert ocenili film jednoznacznie negatywnie. Ale po latach, wzmocniony siłą sentymentu, hit zyskał.

O trzeciej części mówiło się od dawna (sugerowało się nawet, że tym razem pogromcy odwiedzą piekielne lustrzane odbicie Manhattanu i spotkają samego diabła), lecz chociaż scenariusz Aykroyda krążył tu i tam, chęci nie było. Za grabarza projektu uznaje się cierpiącego na awersję do sequeli Billa Murraya. Ale marka żyła jeszcze we wspomnianej kreskówce oraz wydawanych chętnie grach wideo, z których „Ghostbusters: The Video Game” z 2009 roku, wyprodukowaną z udziałem filmowej obsady, uznano za kontynuację serii, oraz komiksach uzupełniających lukę fabularną pomiędzy kinowymi hitami (manga „Ghostbusters: Ghost Busted”) i dopisujących dalsze losy polującej na duchy drużyny („Ghostbusters: Legion” oraz tytuły z wydawnictwa IDW). Na dwudziestą rocznicę oryginalnego filmu wypuszczono też książkowy sequel „Ghostbusters: The Return”.

U Feiga starzy pogromcy też powrócą, ale na moment i w nowych rolach, trzymając kciuki za swoje następczynie.

Ghostbusters. Pogromcy duchów | USA 2016 | reżyseria: Paul Feig | dystrybucja: UIP | czas: 116 min | w kinach od 15 lipca