Dziennik Gazeta Prawana logo

Nowy Sherlock Holmes jak doktor House

18 stycznia 2010, 11:56
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
Jude Law i Robert Downey Jr Watson i Holmes w  quot;Sherlocku Holmesie quot; Guya Ritchiego
Jude Law i Robert Downey Jr Watson i Holmes w quot;Sherlocku Holmesie quot; Guya Ritchiego/Inne
"Sherlock Holmes" Guya Ritchiego to film pomysłowy, ale też nieznośnie manieryczny, sprowadzający całą zabawę do ekscentryzmu głównego bohatera i finałowej dekonspiracji mistyki w duchu technokratycznego racjonalizmu.
fr_mark_strong_sher_268533a_426330.jpg
Mark Strong w filmie "Sherlock Holmes"
fr_sherlock_downe_267929a_284530.jpg
Robert Downey Jr. i rachel McAdams w "Sherlocku Holmesie" Guya Ritchiego
fr_holmes_267933a_284610.jpg
Robert Downey Jr. jako "Sherlock Holmes"

Guy Ritchie, choć przecież zauważony, doceniony, przechwalony, medialnie dopieszczony, wciąż ma coś do udowodnienia. Zaszufladkowany jako specjalista od precyzyjnie przewrotnych wygibasów z galopującą w konceptualnej próżni "odlotową" narracją próbował się od tej stylistyki jakoś odbić. Ze skutkiem jednak katastrofalnym. Po kuriozalnym przedsięwzięciu z "Rejsem w nieznane" i bełkotliwie przekombinowanym "Rewolwerze" wrócił niedawno w "RocknRolli" do starej formuły przekręconego kina przećwiczonej m.in. w "Porachunkach".




Wolta okazała się względnie udana. Ritchie wrócił do dawnej, normalnej formy, pokazał, że potrafi robić filmowe szwindle o niebo lepiej niż jego liczni naśladowcy i epigoni, zaserwował powtórkę z rozrywki opartą na tej samej zasadzie konstrukcyjnej, jaką prezentowały jego dwa pierwsze filmy, nie popadając przy tym w autoplagiat. Między montażowymi sztuczkami czuło się jednak zmęczenie szufladką, rozpaczliwe poszukiwanie w powrocie do firmowego stylu odtrutki na niepowodzenia i sprowadzenie do roli męża (teraz już byłego) Madonny.

W "Sherlocku Holmesie" Ritchie spróbował wtłoczyć swoje stare patenty w formułę widowiska totalnego, podejmującego grę z literacką i filmową tradycją. Spróbował ożywić poczciwego Conan Doyle’a postmodernistycznym szwungiem, odświeżyć nudziarską jak na dzisiejsze standardy przymusu atrakcji opowieść detektywistyczną sztuczkami z zupełnie innej bajki, pożonglować konwencjami, XIX wiek zderzyć z XXI, magię pożenić z nauką, Conan Doyle’a zmieszać z Bondem, realizm z fantastyką. Przepis ryzykowny, przeprowadzony konsekwentnie, tyle że efekt - choć widowiskowy - okazuje się także nieco męczący barokową poetyką nadmiaru.

Wszystko tu niby jest tak, jak w opowieściach o najsławniejszym detektywie wszech czasów było zawsze. Skomplikowana zagadka, fajeczka, cylinder, dedukcyjne mistrzostwo świata, skrzypce, eksperymenty, wierny Watson u boku. A jednak wszystko jest do imentu przemeblowane. Ritchie cały poukładany świat z wyraźną dziką radością barbarzyńcy w ogrodzie rozwalił w drobny mak, rozmontował na czynniki najpierwsze i poskładał na nowo.

Samego Holmesa z ekscentrycznego dżentelmena przerobił na neurotycznego bliskiego krewnego doktora House’a z kultowego serialu. Holmes jest u Ritchiego cyniczny, egocentryczny, bezwarunkowo wierzący w wyższość logiki nad mistyką i uzależniony od rozwiązywania zagadek. To swego rodzaju pokrewieństwo drugiego stopnia, bo przecież pomysł na House’a wywodzi się pośrednio, jak przyznawali się twórcy, właśnie z Conan Doyle'a, zaś Ritchie tego zmodernizowanego House’a na powrót uczynił Sherlockiem Holmesem na miarę XXI wieku. Po staremu jest detektyw z Baker Street arcymistrzem dedukcji, widzi to, czego nie widzą inni, wyciąga wnioski z najdrobniejszych szczególików, łączy w całość to, co nijak w sensowną całość nie chce się złożyć, sprowadza na poziom racjonalności zjawiska na pozór w sposób oczywisty paranormalne.

fr_sherlock_holmes_267927a_284490.jpg
Robert Downey jr. jako "Sherlock Holmes"

Ale jest Holmes zarazem mistrzem boksu i kung-fu, biega jak Usain Bolt, skacze jak Siergiej Bubka, przeprowadza doświadczenia na psach i muchach, ciągle pogrążony w swoich dziwactwach i neurozach, błądzący jak House w labiryncie własnej nieomylności. Tym bardziej jest to pokrewieństwo widoczne, że znakomicie grający główną rolę Robert Downey jr dość ostentacyjnie jedzie na patentach Hugh Lauriego, choć twórczo je przy tym rozwija.

fr_sherlock_holmes_268168a_420440.jpg
Plakat filmu "Sherlock Holmes", reż. Guy Ritchie
fr_sherlock_holmes_267926a_284470.jpg
Nowy Sherlock Holmes jak doktor House

Przeciwnikiem Holmesa jest tu diaboliczny lord Blackwood (Marc Strong), któremu detektyw w pierwszej scenie uniemożliwia popełnienie rytualnego morderstwa na młodej dziewczynie. Blackwood zostaje skazany na śmierć i powieszony, a zgon stwierdza sam Watson we własnej osobie. Blackwood jednak w tajemniczy sposób zmartwychwstaje i na czele wpływowych dygnitarzy zrzeszonych w tajnym stowarzyszeniu zamierza przejąć władzę nad światem. Są i wątki osobiste. Watson (dobry Jude Law) właśnie się zaręcza, a samego Holmesa ponownie odwiedza jego dawna ukochana Irene Adler (Rachel McAdams).

fr_2009_sherlock_ho_265202a_282560.jpg

Fabuła jest tu zresztą najmniej istotna, liczy się rozmach, klimat, wizualny przepych, gra w skojarzenia, celebrowanie klisz - to delikatnie pastiszowe, to znów w tonie serio. I trzeba przyznać, że klimat beztroskiej zabawy konwencjami "Sherlock Holmes" Ritchiego ma. Tyle, że cała zabawa rozciągnięta na dwie godziny z hakiem nieco jednak nuży.



Ritchie co rusz zmieniając style i dekoracje jak kapelusze, staje między nimi w rozkroku, a sam film nie wie, czy wolałby być pastiszowym thrillerem, kryminalną komedią czy "Kodem Leonarda da Vinci" z przymrużeniem oka. Mętlik się robi z tego wszystkiego nad miarę kwiecisty, uciekający w rozdęte dygresje, ozdobniki, dość topornie inscenizowane humorystyczne wstawki, tanie chwyty wyciągane jak króliki z leciwych cylindrów. Owszem, z polotem wpisuje Ritchie conandoyle’owską metodę wyjaśnienia tajemnic w meandryczny tok akcji: z dystansu, gdy Holmes post factum ujawnia tropy, którymi się kierował. Świetnie jak zwykle gra też montażem, niby wszystko pokazuje, a jednocześnie to, co trzeba, przebiegle kamufluje.

Całość jest jednak pęknięta, przeszarżowana, zdecydowanie przydługa, a rozbudowany finał z otwartymi wątkami, a przede wszystkim tajemniczym, fantomowym profesorem Moriartym zbyt ostentacyjnie zmierza do nieuniknionej kontynuacji. A w tej Ritchiemu wciąż pozostanie wiele do udowodnienia, bo choć prestidigitatorskie umiejętności w ȁE;Sherlocku HolmesieȁD; potwierdził, to jednak wciąż nie wiadomo, czy potrafi coś więcej ponad inscenizowanie wymyślnych ekranowych przekrętów.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj