Cokolwiek robię, wydaje mi się dobre dla mojej kariery. Rzeczy, które początkowo sprawiają wrażenie, że są bez znaczenia, potem zaczynają procentować. Weźmy
"Łowcę androidów". Film nie popchnął mojej kariery. Szybko zniknął w odmętach undergroundowego kina, nikt o nim nie słyszał przez 10 lat. Potem nagle zyskał status
kultowego. Raptem znalazłem się w centrum zainteresowania z powodu roli, o której zdążyłem zapomnieć. W sumie miałem szczęście, mogłem zrobić w życiu więcej niż jakikolwiek
amerykański aktor. Może dlatego, że szybko pogodziłem się z tym, że nie można mieć żadnych oczekiwań, żadnego planu na siebie. Chyba tylko w ten sposób da się wytrzymać w tym zawodzie
tak długo, jak ja wytrzymałem.
W "Sin City" zagrałem, bo Robert Rodriguez to jest ktoś. Boję się go jak diabli. I o to chodzi. Nigdy nie rozgryzłem zagadki, dlaczego reżyserzy mnie chcą. Nie mam pojęcia,
jak to się dzieje, że proponuje mi się jedną robotę za drugą. Plan jest jeden: robić cholernie wykręcone filmy, o których nie śniło się lekarzom z psychiatryków. Tylko to mnie utrzymuje
w ruchu. Niektóre okazują się nawet dobre - jak "Sin City". Zaskakujące, prawda? Chyba jestem dziwny.
Nie chce pani wiedzieć.
Dobra, więc jestem normalny, tylko nie mam drygu do komercji. Pod tym względem jestem stuknięty. Odkąd uprawiam ten zawód, mam silne przeświadczenie, że większość filmów robi się
strasznie staromodnie, że musi być jakaś metoda robienia ich inaczej: szybszego opowiadania, z perspektyw, których jeszcze filmowcy nie spróbowali albo bali się spróbować. Biorę każdy
projekt, który wydaje mi się krokiem naprzód dla kinematografii. Owszem, zrobiłem w życiu kilka filmów komercyjnych. Nie żałuję, ale nie jest to też powód do dumy, że robisz coś tylko
dla pieniędzy. Kiedy wiem, że robię film, w którym nie mogę przekraczać granic, nie jestem szczęśliwy.
Chciałbym nie dożyć momentu, w którym uznam się za wybitnego aktora. Taki proces trwa wieki. Tak myślę, może jestem opóźniony w rozwoju. Chciałbym reżyserować jak najwięcej, by
spojrzeć na swoje aktorstwo z dystansu. Odpowiedzieć sobie na pytanie: jak to jest, że na planie zawsze jest tak samo – tłum obcych ludzi, kilka kamer i scenariusz, a raz wychodzi
fatalnie, a raz świetnie.
Mnie można kupić. Będę pracował tam, gdzie zaproponują mi coś, co chcę robić. Nie ma czegoś takiego jak powroty w świecie filmowców. Jesteś to tu, to tam, może nigdy nie wyjechałeś
naprawdę. 10 miesięcy w roku jestem w pokojach hotelowych. Sądzi pani, że z takiej pozycji można mówić, że gdzieś się mieszka? Szczerze wątpię.
Z przyjemnością obejrzałem. To teraz zupełnie inny film. Ale aktor nie ma wielu możliwości takiej rewizyty swojej pracy sprzed lat. To zwariowany reżyser albo producent stoją za takimi
powrotami.
Miałem tam mówić monolog. 28 linijek tekstu. Zostawiłem z nich dwie i jedną powiedziałem od siebie: "All those moments will be lost in time... like tears in rain... Time to
die". Właściwie wolałbym, żeby w tej scenie nie padało żadne słowo, żeby ludzi zatkało. Pięknie zakomponowana scena filmowa jest dziełem, które nie potrzebuje gadania.
Przy każdym mam taki moment, że wiem, że za chwilę będzie trzeba skoczyć na główkę, i zaczynam mieć dreszcze. Niby wiem, że umiem, a czuję się jak kobieta z napięciem
przedmiesiączkowym. Z kolei kiedy jestem w sytuacji takiej jak ta: ludzie przychodzą specjalnie, by poświęcić mi swój czas, chcą rozmawiać o mojej pracy, odnoszą się do mnie z szacunkiem,
mam poczucie, że na to nie zasłużyłem. Że powinienem wracać do swojej roboty, a nie grzać się w blasku fleszy. To reżyser powinien to wszystko mieć, tylko on. Bo wykroił sobie kawałek
mózgu, by dać to widowni w postaci filmu. Aktor nigdy nie poświęci się tak bardzo.
Pierwsza reakcja: jak śmieli! Druga: mogli chociaż zapytać o moje zdanie albo poprosić, bym zagrał. Oczywiście wtedy z wyższością mógłbym powiedzieć, że nie. Dlaczego robić po raz drugi
film, który był dobry? W dodatku jako szmirę!
(ur. 1944), wybitny amerykański aktor urodzony w Holandii. W konkursie tegorocznego festiwalu Plus Camerimage zobaczymy film "Bride Flight" z jego udziałem.
Artysta poprowadzi też warsztaty dla studentów łódzkiej szkoły filmowej.